czwartek, 14 kwietnia 2011

Kup pan/pani książkę!

Jeśli kiedyś mieliście ochotę zaprosić mnie na kawę, ale jesteśmy rozdzieleni oceanem albo poglądem na prywatną służbę zdrowia, to teraz macie niepowtarzalną (taaa) okazję, żeby to nadrobić. Działa to całkiem prosto. Kupujecie moją przepiękną książkę, zachwycacie się zdjęciami, a ja za zarobione pieniądze idę na kawę i migdałowego croissanta i myślę o was czule. Żeby nie było złudzeń: dostaję tylko ułamek $ z astronomicznej ceny tejże książki. W sam raz na small lattee :)

By Katarzyna Suchodo...

wtorek, 14 grudnia 2010

Kilka razy płaczę tak długo i rozpaczliwie, że wszystko mnie boli, głowa, serce, żołądek, komórki nerwowe dają o sobie znać nawet w mięśniach łydek, przytulam wtedy sama siebie i czekam, aż się zmęczę i jeśli nawet mnie to drażni, to co dopiero innych. Dwa dni później nucę "...blueberry hill", jest piękne słońce, a złote liście wirują nad ulicą. Między histerią a zachwytami nad okolicznościami przyrody snuję plany albo chociaż się staram, kupuję letnie sukienki i obiecuję sobie, że niedługo zacznę biegać plażą i że jeszcze będzie dobrze.

niedziela, 7 listopada 2010

Piszę durne wiersze o jaszczurkach, strachu i syropie lawendowym, i staram się nie myśleć co będzie kiedy odwieziesz mnie na lotnisko i nie będziemy już mieli sobie nic więcej do powiedzenia, i jedyne co zostanie to odwrócić się na pięcie i zacząć rozpaczliwie płakać, aż wszyscy wokół będą patrzeć podejrzliwie albo i nie, bo kto widział terrorystę w czerwonych okularach z torbą wypchaną lawendowymi syropami.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Zrobiłam w życiu trochę głupich rzeczy.

O drugiej w nocy łapałam stopa na Marszałkowskiej.
Żyłam długie dnie na diecie czekoladowej.
Przewagarowałam przerażającą część liceum.
Powiedziałam dużo przykrych słów.
Kłamałam.
Obgadywałam.
Nie nauczyłam się rosyjskiego.
Byłam bardzo naiwna albo głupio cyniczna.
Nie odpisałam na kilka ważnych wiadomości.

Wciąż mi się zdarza. Chociaż skrupulatnie czytam etykietki i regularnie gotuję zdrowe zupy, to czasem zaczynam dzień od garści czekoladek. Może dwóch garści. Może nawet częściej niż czasami. Piszę nocne notki na blogaska, zamiast przygotować korepetycje na rano. Zamykam się w swojej skorupce. Nie chce mi się ani iść jutro na te korepetycje ani na tę imprezę ani mówić co mi jest.

Nic mi nie jest.
Chciałabym pić herbatę. Jesień bym chciała, chociaż jesieni nikt tu nie planuje. I pójść na nocny spacer z psem, którego przecież już nie ma. I żeby ktoś pokochał Gapcia ze schroniska. I mnie!imnie!, chciałoby się dopisać, ale miłość, takie słowo.

wtorek, 13 lipca 2010

No i co?
I nic.

Bezesenne poranki z laptopem na brzuchu.
Bieganie o świcie, żeby zabić czas i głupie lęki.
Nieodnajdywanie się. Tu były te wielkie zaspy, a teraz taki gąszcz. Tu były psie miski, a teraz pustka. Dużo tej pustki.
Łatwo zapomniałam tę rzeczywistość. Teraz co jakiś czas potykam się o krzesło i dziwię, że blat niższy, a łóżko węższe. I pustsze też.
Łatwo zapominam, że czasem ktoś na kogoś tu warknie. Chciałabym, żeby na mój przyjazd wszystko było pastelowe i z lukru, wszyscy uśmiechali się do siebie i nikt nigdy nie czytał gazety przy wspólnym obiedzie.
Chciałabym, żeby było tak cały czas, pastelowo, nie tylko na mój przyjazd.
I żeby moje ciało przestało mnie sabotować, budzić się o złych porach i wciskać mi łzy do oczu, lejące się całkiem bez sensu na serniczek, który mama upiekła specjalnie dla mnie.


(i jeszcze, żebyś zadzwonił i wymruczał, że chcesz, żebym wróciła, ale wiadomo, że z oczekiwań nic dobrego jeszcze nie wyszło)

niedziela, 16 maja 2010

Od czasu do czasu lubię myśleć o sobie jak o kimś, kto w życiu kieruje się zdrowym rozsądkiem. To po prostu dość atrakcyjna myśl. Nie żeby było to szczególnie bliskie prawdzie, a już na pewno nie w kwestii jedzenia. Lubię jeść. Uwielbiam. Zwłaszcza słodkie, zwłaszcza kaloryczne. Tiramisu? Brownie? Lody? Dokładka sernika? Jeszcze jeden creme brulee?

Nie mam najmniejszego pojęcia ile w czym kalorii - mogę się jedynie domyślać, że w moich ulubionych deserach jest ich całkiem sporo. Jem to co mi smakuje, to na co mam ochotę, wychodząc z niebezpiecznego założenia, że moje ciało wie. I to wie najlepiej. Jeśli ręka sama sięga po kawałek szarlotki, to widać pilnie potrzebuję tego kawałka. Gdyby było inaczej wypiłabym trzy szklanki wody zamiast zatopić zęby w piance z białek (bezdyskusyjnie najlepszej części szarlotki).

Czasem, najczęściej późną wiosną, mam ochotę na ZMIANĘ. A jako osoba, której ze zdrowym rozsądkiem czasem nie po drodze, mam ochotę na GIGANTYCZNĄ ZMIANĘ. Zmianę, która wywróci wszystko do góry nogami. Zmianę trzęsienie ziemi. Rewolucja, nie ewolucja! Najlepiej krwawa, najlepiej z dużą ilością ofiar. Bez ofiar nie ma rewolucji. Więc jeśli dieta, to hardkorowa. Powolne, stopniowe zmiany są dla mięczaków, a ja przecież jestem twardzielem. Twardzielem, który chce zmiany.

Nigdy w życiu nie byłam na diecie. Czasem, najczęściej późną wiosną, mam fantazje o diecie. Tej po maksie, dla twardzieli. Nigdy żadnej nawet nie rozpoczelam, czasem udalo mi sie dojsc do etapu wydrukowania dwoch przepisow.
Potem niechciane laduja w koszu, a ja o polnocy wyjadam resztki tiramisu.

niedziela, 9 maja 2010

Co można robić jak już wszyscy wyjadą?

Spać do późna, zwlekać się z łóżka i dojadać resztki łakoci z lodówki.
Tęsknić.
Oglądać zdjęcia Twoich byłych.
Układać w głowie niedokończone zdania do nieistniejących książek.
Biegać i tracić oddech.
Zastanawiać się czy hot body workout czy yoga.
Creme brulee czy waniliowe lody.
Myśleć nad frapującą puentą do momentu, aż całkiem straci na znaczeniu.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Little Miss Sunshine

Łazienka bez Twoich rzeczy wygląda tak ponuro. Oglądamy z rodzicami househunterki: dom na plaży za milion dolarów, klaustrofobiczne pokoje w St. Louis. Przegrywam z tatą w bakamona, jutro trzeba będzie odkurzyć, mówi mama i ciągle krząta się po kuchni. Jemy mozzarellę, którą razem zrobiłyśmy, następnym razem trzeba jednak dodać sól.

Świat wcale się nie zatrzymał, nad zatoką świeci słońce i mewy wyjadają resztki zasuszonej ryby. Spacerujemy plażą, piknik na piasku i czekoladowe lody. Gadamy głupoty. Śmiech i wiatr. Klimat wakacji.

Oswajam puste łożko, ale na razie mieszkanie jest pełne, tłoczne, głośne. Za dwa tygodnie będzie cisza i będzie pustka. (jak to niemądrze brzmi, będzie pustka)

Jak zwykle na wiosnę szukam rewolucji, której, nie oszukujmy się, i tak przecież nie będzie. Przypomnieć sobie ten spokój po jodze. Euforię po porannym bieganiu. Rozkochać go w sobie. Odszukać sens życia. Odkryć świat. Sprzedać ciasto. Zrzucić trzy kilo. Zajść w ciążę. Przestać jeść mięso.

Refleksje znad steku z bizona.

piątek, 26 lutego 2010

Jak jest? Dobrze.
(ale czy naprawdę chcesz wracać do tej rozmowy?)

Czasami nic mi się nie chce, więc na śniadanie odgrzewam wczorajszą pizzę, opatulam się kocem i cały dzień oglądam stare odcinki CSI.

Czasami chce mi się dużo, więc zapisuję się do bookclubu, kupuję stos biżuteryjnych części, szukam korepetycji z hiszpańskiego i wolontariatu i planuję pójść na jogę.

Pierwszy raz od 6 roku życia nie jestem częścią żadnej edukacyjnej instytucji. Nikomu nie zaszkodziło jeszcze trochę czasu dla siebie gładko miesza się z poczuciem winy, że wszyscy piszą magisterki, a ja z tą pizzą przed tym telewizorem. Dobrze, że chociaż nie mamy kanapy.

piątek, 22 stycznia 2010

W zimnym przedziale pociagu relacji kraków główny-warszawa centralna przychodzą do głowy najlepsze zdania, ale nie ma długopisu. Nieutrwalone zostają zatem gdzieś na torach i szybko znikają pod śniegiem. A chciałam Ci przecież tyle powiedzieć.
(o czym? o kochaniu i nie-mówieniu kochamcię, o czekaniu i tęsknocie -albo czasem jej braku-, o niepewności, pewności i innych demonach zycia codziennego, ale wszystko zostało pod śniegiem, więc piszę ci tylko te bzdurne mejle o rumuńskim disco)

czwartek, 14 stycznia 2010

Trzeba powrócić do nowego-starego rytmu, wyznaczanego odjazdami autobusów, już podmiejskich, ale wciąż trochę rzadkich i z pętli za siedmiona zaspami. Do wyliczania ile jakich biletów (te niesamochodowe dylematy), trzydniowy czy dobowy, 40 minut na dwie strefy czy jeden przejazd na 120 minut, do nie-mówienia dzień dobry i nie-uśmiechania się do chińskich studentów, nieistniejących już przecież w podmiejskich autobusach do Julianowa.
Młodzieniec z kanapką staje zbyt blisko, zwiędła sałata i pomarszczony pomidor, pajęczyna śliny tuż koło mojej twarzy. Monotonne ciamkanie w rytm stukotu metra, systematyczne wsmarowywanie masła do ciała, precyzyjne zginanie metalowych drucików. Samotne zasypianie. Śniadanie, obiad, kolacja czekające na stole. Spacery z mamą, backgammon z tatą. Pogoda w Houston na komputerze, breezy with periods of rain, 16 C, wind E 6 m/s. Tu nie ma miejsca na rozdzierające serce tęsknoty. Dwa światy są precyzyjnie rozdzielone. Tu spędzilismy razem raptem dwa, może trzy tygodnie i to w długich odstępach. Tu jest czekanie na autobus, chodzenie na grzane piwo i ploty. Pisanie mejli. Jednoosobowe łóżko z pluszowym łosiem. Bawełniana piżama. Kapcie w krowy. Nierozpakowana walizka jest jedynym świadkiem, że istniał, że istnieje, ten drugi świat. Ze wspólnym łóżkiem, wspólnym stołem, wspólnym piciem wina do kolacji. Świat, który teraz istnieje w mojej głowie jako dano widziany film, jakaś zeszłoroczna plota, niezbyt wiarygodna anegdota, że ktoś kiedyś wyjechał hen daleko. I gdzie tu miejsce na zabawną puentę?


A te wszystkie głupoty tylko dlatego, żeby nie napisać, że psa już nie ma. Był 13 lat i nagle posłanie jest puste. Wciąż myślę, że jest u dziadków na działce i niedługo po niego pojedziemy, rodzice wciąż chodzą na wieczorne spacery, a kiedy przekręcają klucz w zamku i nikt nie szczeka na ganku, wtedy wyciągam jego poduszkę i wtulam się w jego zapach.
Niech ktoś mi go odda.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Leży grzecznie na kocyku, wenflon w łapce pokrytej siwą sierścią, oczy pełne niepokoju i ufności jednocześnie. Kroplówka zawieszona na glośniku, prowizoryczny szpital między kuchnią a dużym pokojem, kropla po kropli, mieszanka powoli spływa do żył.
Myślę o tych wszystkich chwilach, kiedy nie chciało mi się z nim wyjść, bo deszcz, bo zimno, bo gorąco, bo wcześnie, bo późno, bo randka, bo kac. Kiedy nie mogłam zebrać sie w sobie, a on się niecierpliwił i szczekał i kręcił się, aż w końcu rodzice tracili cierpliwość, brali smycz i mowili, ze oddadza go do schroniska.
Powinnam mysle o tych chwilach, kiedy jako szczeniak wchodzil do mnie na lozko, zwijal sie w klebuszek w nogach, a kiedy juz poczul sie pewnie, wywracal sie na plecy i spychal mnie lapami. Albo kiedy siadalam na jego poslaniu, a on chwytal je w zeby i wozil mnie jak w rydwanie po calym mieszkaniu. Kiedy zweszyl jedzenie, siadal w kuchni i mial tak blagalne oczy, ze nikt mu sie nie mogl oprzec. Kiedy dzielilam sie z nim, pol na pol, ostatnim kawalkiem kalarepki.
Potem idziemy na spacer, nieśmiało merda ogonem na widok śniegu i entuzjastycznie zlizuje go z chodnika - to jedyna forma wody, którą akceptuje (miska nieruszona od tygodnia). Już myślę, że jest dobrze i że taki żwawy z niego psiak, kiedy po raz trzeci dziś upada w śniegu i patrzy się zdumiony wokół, jakby sam nie mógł uwierzyć, że w tych łapkach nie ma już tyle siły.

wtorek, 22 grudnia 2009

Gdybym byla rezyserem i krecilabym film o moim zyciu, pewnie znalazlaby sie w nim scena w ktorej siedze w brudnym autobusie, roztopiony snieg na podlodze, i bezmyslnie patrze na zaparowana szybe, przez ktora prawie nie widac szarego miasta, i sluchalabym Marii Peszek, chociaz chcialam Pogodna. To brzmi bardzo banalnie, ale tak banalnie wyglada teraz moje zycie. Moje zycie bez ciebie, powinien powiedziec glos z offu, ale bez przesady, banal nie musi od razu oznaczac melodramatu.

*

wady i zalety bycia w domu.
jest fajnie. i ciesze sie, ze jestem.
ale
awantura przy sniadaniu (rodzice) to rozmowa nie awantura
awantura przy sniadaniu (rodzice po raz drugi)
awantura przed kolacja (brat i tata i babcia w sluchawce)
chce mi sie plakac jak tego slucham, chce mi sie zamknac drzwi i udawac, ze to nie sa glosy ludzi, na ktorych mi tak zalezy. bardzo zalezy i bardzo zle glosy. tesknie do spokoju na hawkeye court. tesknie do jego spokoju.

wtorek, 15 grudnia 2009

Staram sie nie myslec, myslenie szkodzi, dowodow az nadto.
Kiedy nie mysle jest tak dobrze, tak blogo. Kiedy nie mysle, jemy sniadanie w lozku i pijemy wino w wannie. Kiedy nie mysle o tym, ze to moje ostatnie dni w miejscu, o ktorym juz myslalam 'dom' (chociaz nadal sie nie lubie z piekarnikiem, a gazowy - brr- piecyk czasem budzi mnie w srodku nocy). Ze to ostatnie wspolne prysznice w tej smiesznie malej lazience, ostatnie sprawdzanie poczty przy rytmie jazzu i zaslonietych zaslonach, ostatnie lapanie zielonego kubka z herbata i nerwowe szukanie kluczy, ktore powinny przeciez wisiec na psim ogonku z ikei. Ze to koniec szkoly, ktora prawie poskromilam, koniec kulenia sie na bibliotecznym fotelu z laptopem, koniec jezdzenia autostrada i tej wolnosci, kiedy przestrzenie otwieraja sie przed toba dwa razy w tygodniu.
Ciesze sie, ze lece do Polski, ze zobacze wszystkich, za ktorymi tak tesknilam, ze poglaszcze psa i zjem pomidorowa z kluseczkami. Ale cieszylabym sie duzo bardziej, gdybym wiedziala, ze to tylko wizyta, mila, intensywna, przyjemna, ale wizyta, ktora sie skonczy i ze potem wroce do tej herbaty na wynos, tego jazzu, tych ramion. A przeciez tego nie wiem.
Moze to jest wlasnie limit szczescia, dwa lata, moze trzy i potem koniec i trzeba znow jesc pomidorowa z kluseczkami.

środa, 18 listopada 2009

Kicham, kaszlę, reprezentuję nędze i rozpacz.

Zrobienie na obiad czegoś więcej niż kuskus z czosnkiem przerasta moje chore mozliwości, a i tu potrafię koncertowo popsuć najprostsze ponoć danie świata, bo dałam duzo, oj za dużo, wody.
Szukam czosnku, który cierpliwie czeka koło misia z miodem - zanim przypomne sobię po co tak się kręcę po kuchni dwa razy wpadnę na krzesło.

Jutro kartówka z socjologii (dwa rozdzialy o dyskryminacji wciąż nieprzeczytane) i muszę oddać pierwszą wersję opowiadania (minimum 3 str, a ja nie wiem nawet o czym je napiszę), chcialabym sie zakopac pod koldre i ciasto przegryzać czekolada. Imbir moglabym przyjmowac dozylnie.

Morele podnosi tylko zachrypły jazz i chamski, letni podryw.

sobota, 14 listopada 2009

Jadę rowerem po ciepły jeszcze, morelowy chleb, który potem chrupiemy razem na śniadanie. Czy może być piękniej? (oczywiście, że może, ale śniadanie do łóżka było ledwo wczoraj)

W skrzynce pocztowej czeka na mnie intensywnie różowa sukienka. Do tego koronkowe rajstopy, buciki z kokardką, (krzywo) podcięta grzywka i mogę podbijać okoliczne hinduskie knajpy oraz w mniej lub bardziej mistrzowskim stylu wygrywać partie bakamona albo czytać bzdurne kolorowe magazyny o aksamitnych stronach i zapijać sernik kubkiem waniliowo-brzoskwiniowej białej (zawrót głowy od samej nazwy) herbaty. Jest spokojnie, jest dobrze. (do kiedy?)

A potem wracam do domu, wskakuję w ciepłe dresy i spod pluszowego koca z czekoladą w łapce oglądam "Man on wire" i wtedy właśnie czuję się najpiękniejsza.

poniedziałek, 2 listopada 2009

o pięciu masztach i dwudziestu armatach.

Znajduję ślad twoich zębów w obcym mieście.
Znajduję ślad twoich zębów na swoim ramieniu.
Znajduję ślad twoich zębów w lustrze.
Czasami jestem hamburgerem.


Odkrywam na nowo Świetliki (nie wiem jak mogłam o nich zapomnieć) i odzywa się we mnie tęsknota za... no właśnie, za czym?
Beztroską młodością? Bardziej beztrosko jak teraz być nie może, a i moja młodość trochę zatrzymała się w miejscu.
Za pijackimi randkami? Zdecydowanie wybieram drobnomieszczańskie wtulania się w jego ciepłe stopy.
Za depresyjnymi wieczorami? Jeszcze tak do końca się z nimi nie pożegnałam.
Za Krakowem? Na pewno! Któregoś dnia to miasto będzie należeć do mnie? (;

A może to po prostu jesień. Jesienna muzyka, do kubka z gruszkową herbatą i połamanej wedlowskiej czekolady z wiśniami. Nie wychodź bez parasolki.

Niczego o nas nie ma w konstytucji, a moje palce znów pachną ciemnią. Słodko-kwaśne odcienie jesieni.

wtorek, 27 października 2009

Jesień w pełni.

Akurat. Jutro ma być 18 st (i to C, a nie F!), a biedronki i spółka obudziły się z zimowego snu i atakują falangą wejściowe drzwi.

Jesień w pełni.

Liście spadają w zatrważającym tempie i za chwile nic już nie zostanie z tej orgii kolorów, światła, szumu i szelestu.

Słucham nostalgicznych piosenek po portugalsku, piekę serową tartę, marzę o dyniowej zupie, ukradkiem podjadam wafelki, które z Polski w paczce przysłała mi babcia.
Piję imbirową herbatę.

Pierwszy raz od dawna marzą mi się gwiazdka, długie szukanie prezentów, wybieranie odpowiedniego papieru do pakowania, zapach piernika w całym domu, smak makowca, bakalii w keksie. Zostawione na noc zapalone lampki na choince i pasztet z pieczarkami i żurawiną, świąteczny poranek w łóżku z książką i stosem ciasta.
A może po prostu marzy mi się święty spokój, który przychodzi dopiero w drugi dzien świąt, kiedy już nic nie trzeba.

wtorek, 20 października 2009

W zasadzie nie chce mi się o tym pisać.
A może chce, tylko nie umiem?

Moje zapłakane oczy i serce posiekane na plasterki. Twoje wątpliwości. Niby nic się nie zmieniło, przytulasz mnie przez sen, a ja zostawiam Ci czekoladowe ciasto na talerzu, ale przez chwilę mam wrażenie, że ktoś cię zabrał, tego mojego wyśnionego wymarzonego kochanego, zabrał, podmienił, dał gorszy model. Z wątpliwościami, plusominusami, z tym wzrokiem, którego się boję i tymi słowami, które sprawiają, że kulę się w sobie.

No bo jest pięknie. Jest dobrze. Jest. A może wcale nie ma.

niedziela, 18 października 2009

Notka dedykowana wszystkim, których zemdlił lukrowy charakter ostatniego wpisu.

No więc płaczę, a jakże.
Zaczyna się rano, kiedy oglądasz wyścigi formuły 1, a ja zawijam się w koc na fotelu obok i nie do końca rozumiem twój entuzjazm, jeżdzą w kółko, jeszcze 10 okrążeń, płomienie albo wypadek to niewątpliwie elementy interesujące, ale sama jazda? Jeszcze pięć okrążeń.
Ale może zaczyna się wcześniej, kiedy zawiesza się internet, a obługa klienta najwidoczniej nie obługuje klientów w niedzielne poranki.
A może trochę później, kiedy zapominasz wyrzucić pustą tubkę po paście do zębów albo zostawiasz brudną patelnię w zlewie?
A może to po prostu jesień? Bo chociaż pogoda zrobiła się piękna, słoneczna, 15 stopni, to ja robię setną herbatę i otulam się kocem.
A może to hormony, a może histerie? A może nie.

Nieważne.
Ważne, że ja płaczę, a Ty uciekasz.
Ja płaczę, a Ty mówisz, że ja uciekam.
Że gdybym czuła sie przy Tobie bezpiecznie, to bym do Ciebie przyszła i razem rozwiązlibyśmy problem.
Nie czuję się bezpiecznie, kiedy dajesz mi do rozumienia, że nie lubisz mojego płaczu. Jasne, pewnie każdy woli kiedy się uśmiecham, ale domagam się prawa do płaczu. Mój płacz jest częścią mnie.
Akceptujesz mnie cała, calutką?
Niby tak.
A może nie.
Tu nie ma nic do rozwiązywania, mój płacz to nie są jakieś cholerne sznurówki, które można rozwiązać i supeł zniknie.
Czasem po prostu płaczę. Płakanie czasem bywa dobre, oczyszcza, uwalnia od tego co siedzi głęboko, zapomniane strachy, złe sny i przelotne lęki.
Chciałabym móc się wtedy w Ciebie wtulić, ciepłe łapki na plecach, ciepłe słowa na ucho. Ty byś chciał, żebym się uśmiechała i cieszyła.
A potem Ty idziesz na softball, a ja piszę denne notki na blogasku.

sobota, 3 października 2009

O rany. Tydzien temu dlawilam sie lzami, ze tak malo czasu spedzamy razem, a dzis plawie sie w tym czasie, otulam sie nim, przykrywam, zawijam w kokon albo kaftan bezpieczenstwa.
W piatek uciekasz z pracy tak wczesnie, ze az w to nie wierze, potem troche siedzimy w samochodzie i patrzac na splywajace krople zastanawiamy sie gdzie zjesc. Niezawodny Hindus, tandoori chicken masala i mango lassi, kardamonowo-cynamonowa herbata w kawiarni obok i spacer mokrymi ulicami do kina na Woodego Allena i studencki popcorn za dolara.
Sobotna jest rownie leniwa, nalesniki i bajgle, zakup swiezych i pysznych (ach ach) warzyw na targu (gdzie pomidory takie jak polskie i nawet maja kalarepke), kawa i kokosanki z widokiem na czerwona cegle, krotka drzemka w domu i znow kino, ktore budzi usmiech. Jest zimno i deszczowo, wiec po powrocie do domu znow otulam sie koldra; budzi mnie zapach zupy kalafiorowej, ktora wlasnie ugotowales dla nas na obiad i juz nie moge przestac sie usmiechac.

czwartek, 1 października 2009

Na północy ściął mróz, z nieba spadł wielki wóz, dobre sny zmorzył głód, na Brackiej pada deszcz, a ja w Iowa City gubię parasolki i marzę o kubku goracej czekolady.


Oczywiście, idziemy spać za późno - ja jeszcze późno-w-normie, ale Ty we wczorajszej poczcie znalazłeś paczkę z nowymi słuchawkami i do późnego-późna cieszyłeś się jak dziecko odsłuchując koncert Depeche Mode.

Oczywiście, dzwonik budzi zbyt głośno, a ja wstaję zbyt późno. Dziś nici z roweru, za brudnym oknem deszcz, ulewa, urwanie chmury. Próbuję reanimować się mleczną czekoladą i kawowym płynem pod prysznic, ale każda komórka mojego ciała woła "ciepłakołdra". Czujesz się chyba podobnie, bo wstajesz tylko po to, żeby zaraz wrócić do ciepłego jeszcze, pachnącego snem łóżka. Zalety zajęć o 15 i szefa, który czasem jest, a czasem go nie ma. Caluje Cie w czolo, zeby za chwile miec pretensje, ze nie moge znalezc Twojej kurtki.

Zanim z kubkiem, torbą, kluczami i segregatorem z wypadającymi kartkami (i bez kurtki) dobiegnę do samochodu, moje buty złowieszczo chlupoczą, a nogawki spodni są całe mokre, mimo gustownego ich podwinięcia. Czuję, że nawet mając ultra krótkie szorty umiałabym fachowo i kompletnie zmoczyć nogawki. W drodze do szkoly Vincent Delerm śpiewa, ja śpię; budzę się tylko na czerwonym świetle, żeby przypudrować czoło i wlaczyc tylnie wycieraczki - nadal bardzo mnie to bawi.

W domu otulam się jazzem jak kaszmirowym swetrem, psi kubek z waniliowo-imbirowa herbata staje sie najlepszym przyjacielem. Odkrywam w sobie magiczne zdolnosci blyskawicznego unicestwienia torcikow wedlowskich, a pomysl z pojsciem na basen odkladam na lepsze czasy. Troche zapadam w sen zimowy i zapominam, ze wczoraj bylo 20 stopni i palace slonce. Marze o kardamonowej herbacie i pierniku z jablkiem, nieodlacznych elementach zimy 2007 roku, kiedy jeszcze studiowalam filozofie i juz zakochiwalam sie w Tobie.

wtorek, 29 września 2009

Nareszcie! Rano chwytam kubek z gruszkową herbatą, wsiadam na rower i wzdłuż rzeki jadę do szkoły. Piękna, wietrzna jesień, złote liście wirują w powietrzu, a uszy czerwienią się od zimna.

Sześć godzin później ani śladu jesieni. Zdejmuję warstwy ubrań i bladymi ramionami chwytam ostatnie promienie słońca. Z aparatem w ręku szukam tych wirujących liści, tych czerwieni i tego złota, ale wokół tylko soczyście zielona trawa i piękne słońce. Zupełnie jak w maju, kiedy kończyła się szkoła, a ja myślami byłam już w Polsce, przy kuchennym stole na którym mama kładła parujące pierogi z jagodami.

niedziela, 20 września 2009

Z okazji zbliżających się 14 urodzin wydałam nieprzyzwoite pieniądze w nieprzyzwoitym tidżejmaksie. O tym, że stałam się 100% kurą domową najlepiej świadczy fakt, że najwięcej wydałam na garnek (niemiecki!) i talerze sztuk sześć (portugalskie!). O tym, że w mym sercu króluje Europa może też poświadczyć fakt, że słono przepłaciłam za płyn pod prysznic rodzimej Ziaji. Spędziłam też czas jakiś układając ziajowe kremy na najlepszych półkowych miejscówkach. Czy ktoś z Ziaji to czyta i chce mi zapłacić? Oby!

Wciąż czekam na jesień, a żeby umilić sobie to oczekiwanie kupiłam kraciastą szarą torbę i swetro-wełniane-kremowe rajstopy (czy to za dużo przymiotników?) - nie mogę się doczekać aż założę je do zamszowych kozaków i swetra noszonego jako sukienkę.

Weekendowe leniuchowanie -zakupy, kino, ciasto do herbaty- jest taakie przyjemne, ale na myśl o tym, ile rzeczy muszę jutro wyprodukować, napisać, zapamiętać boli mnie głowa. Sto papierów do napisania i jeszcze dwa kłizy. Sio, nieodrobione prace domowe, sio.

Bycie kujonem nie pomaga w zdobywaniu kumpli, ale cieszą mnie te moje mikro sukcesy. "Excellent work" napisane na pracy z socjologi, zaproszenie do fotoprojektu, wypatrzenie miejsca parkingowego w mniej niż 5 minut - oto moje powody do uśmiechu (kiedy siedzę samotnie na korytarzy z kubkiem jaśminowej herbaty w łapce).

wtorek, 15 września 2009

Jeszcze 28 stopni C (w cieniu), a liście na drzewach już się żółcą, złocą, czerwienią. Na północy przymrozki, tutaj wciąż lato, ale za kilka dni będzie można pójść na spacer poszurać bucikami w starannie ułożonych wielobarwnych stertach.

Lubię wczesną jesień.

Chciałabym mieszkać w miejscu, gdzie jest długie łagodne przejście między latem a jesienią. Gdzie jest las i jezioro, ale bez przerażających insektów, gdzie można szyję opatulić lekkim szalikiem i wybrać się na długą przechadzkę, po której kubek ciepłej kardamonowej herbaty będzie spełnieniem marzeń.
Plaża, morze, palmy, chłodne drinki z palemką wydają się atrakcyjne i kuszące, ale w wersji 356 dni w roku stają się banalne.
Lubię wszystkie cztery pory roku. Nie mogę się doczekać pierwszego śniegu, chociaż będę wtedy niesamowicie narzekać na zimę, roztapiający się śnieg, przemoczone buty i zdecydowanie za mało słońca.

Lubię też jeździć samochodem. Nigdy nie wierzyłam ludziom, którzy mówili, że jazda sprawia im przyjemność, a tu proszę, niespodziewanie sama dołączyłam do grona tych dziwaków. Daleko mi do fanatyzmu i (wciąż jeszcze) wszelkie wymiany oleju i pasków klinowych zostawiam ukochanemu, ale lubię ten moment, kiedy jestem sam na sam z samochodem (ale tylko sam na sam, z pasażerem traci to cała magię, więc chętnie rezygnuję wtedy z bycia kierowcą). Pudruję nos na światłach (o zgrozo!), wyjadam maliny na zakręcie i całą trasę śpiewam na cały glos melancholijne francuskie piosenki. Tylko się nie zadław.

poniedziałek, 14 września 2009

Dużo się dzieje, nic się nie dzieje.

Witaj szkoło, czyli edukacyjnego American Dreamu część trzecia. Czy ostatnia?

Nauczona (bolesnym) doświadczeniem, nie dziwię się już gdy:
nikt nie siada koło mnie (tu nikt nie siada koło siebie, amerykańska - a może midwestowa - bańka jest duuża)
nikt nie potrafi wymówić mojego imienia, o nazwisku nie wspominając
nikt nie wie, gdzie ta Polska jest (i nikomu nie przyjdzie do głowy zapytać, wyguglać, sprawdzić czy o takim dziwnym kraju piszą na wikipedii)
prawie wszystkie dziewczęta wyglądają jakby wyszły z siłowni
ja, moje czerwone okulary i zwiewne kiecki budzą zdumienie na korytarzu
wykłądowca pyta czy znamy znaczenie słowa "subiektywny" i "obiektywny"
i takie tam

Mimo tegoż doświadczenia wciąż, czasem, zdarza się, że:
czuję się społecznie niedopasowana
mam wrażenie, że nie umiem poznawać nowych ludzi
miewam kompleksy na punkcie mojego angielskiego
fakt, że pan od socjologii (jako jedyny) nauczył się poprawnie wymawiać moje imię sprawia, że cały dzień się uśmiecham
tęsknię za wszystkim co daleko

W nagrodę za dobre oceny zostałam zaproszona do udziału w Honors Project. Będę robić zdjęcia, nie wiem jeszcze czemu. Chciałabym zrobić coś ważnego społecznie, ale już samo sformułowanie brzmi tak patetycznie, że pukam się w głowę.


W nowym roku ruszamy na południe, do miasta, w którym lotnisko nazwano imieniem G. Busha seniora i to chyba dobrze oddaje te klimaty. Już szukam kowbojskiego kapelusza.
Po pięciu latach... mówisz, a ja się zacinam, jeżę i zamykam, zupełnie niepotrzebnie, bo z moimi humorami, szklanymi oczami i oczekiwaniami pięć lat to hoho i jeszcze trochę, tak daleko.

Po obejrzeniu "Food, Inc" tracę apetyt (bez obaw, nie na długo). Mieszkanie po tej stronie oceanu ma dużo zalet. Ma też dużo wad, zwłaszcza w tak ukochanej przeze mnie materii - j e d z e n i e. Chciałabym mieć swój ogródek, hodowac zioła i pomidory, piec chleb i robić konfitury na zimę. Tylko gdzie ja znajdę zimę w Teksasie?

piątek, 7 sierpnia 2009

Ślinka mi cieknie na widok pieknych zdjec i smakowitych przepisów. Muffiny już zniknęły, teraz marzą mi się lawendowe ciasteczka, sernikobrownie z malinami, ciepły, aromatyczny hinduski obiad. Marzy mi się też wyeliminowanie wszystkich patykowato chudnych dziewcząt z okolicy (oraz z internetu), żeby ich nogi nie psuły mi humoru po tym jak już się tym wszystkim objem.

Za oknem deszcz, między oknami obrzydliwe komary, (nie)cierpliwie czekam aż umra i dopiero wtedy rozprawię się z nimi za pomocą odkurzacza. Nie cierpię owadów, robaków, insektów. Brrr. Z tego względu wolałabym chyba mieszkać przy autostradzie niż w środku lasu (ale nie jest to moje ostatnie słowo ;) ). Czekam na jesień, kiedy jeszcze jest słonecznie, ale już bez tych wszystkich stworów. Ostatnio ja i natura najwyraźniej nie mamy sobie po drodze.

Za oknem deszcz, a więc trochę szaro buro smutno. Planowałam rozpracować tutejszy darmowy autobus i pobuszować w bibliotece, ale taka pogoda nastraja bardziej do schowania się pod kołdrę. Co po pewnym czasie nastraja do marudzenia, wleczenia się z kąta w kąt i wymyślania stu dwudziestu pięciu powodów, żeby mieć kwaśną minę. Komary to numer jeden na liście.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Nadrabiam zaległości w lekturze Wysokich Obcasów i Dużego Formatu spowodowane weekendowym wypadem pod namiot. Czytam o sfrustrowanych paniach domu i robi się trochę straszno, trochę smutno. To temat na dużo poważniejsze refleksje oraz przemyślane opinie, no ale.

Bardzo polubiłam gotowanie, choć zapewne dla tych, które znają mnie dłuugo, taka deklaracja zabrzmi jak wielka ściema. Sprawia mi przyjemność zrobienie mu obiadu. Pichcenie dla samej siebie jest już mniej urzekające. Jedzenie w samotności nie napawa taką radością, jak celebrowanie (rany, jakie słowo) posiłku z kimś kogo lubisz. Wtłaczanie swojego uczucia w garnki i miseczki. Wspólne jedzenie bywa szalenie zmysłowe, przygotowywanie go niesamowicie seksowne. I tak właśnie się czuję w moim ikeowym fartuszku, krążąc między lodówką a piekarnikiem. Ale nie czułabym się tak, gdyby nie kluczowa okoliczność tego zamieszania. Mój wybór. Wybieram robienie kolacji. Pieczenie ciasta. (W bardzo rzadkich przypadkach wybieram nawet wstanie zbyt rano i zrobienie śniadaniowej herbaty) Innego dnia wybieram spanie do popołudnia, oglądanie filmów, plotkowanie, marnotrawienie czasu na aplikacje internetowe, przesiadywanie w bibliotece, absolutne-nic-nie-robienie. I to też jest mój wybór, który nie spotka się z rozczarowanym pytaniem w stylu kochanie, czemu nie ma obiadu (bo go nie zrobiłeś).

Drażnią mnie etykietki, szufladki, oceny. Jeśli gotujesz i pieczesz, to nie możesz być feministką/feministą i/lub nie masz żadnych zainteresowań poza gotowaniem i pieczeniem, a już na pewno nie możesz interesować się kulturą, bo przecież nosa nie wystawiasz z tych garów i ścier. Jeśli jesteś feministką, to na pewno jesteś samotna i zgorzkniała z tego powodu; nie możesz malować pazknoci ani depilować nóg. Jeśli malujesz paznokcie, niedajbóg, regularnie, to z pewnością jesteś pusta i do tego regularnego malowania ograniczają się twoje horyzonty; jeśli coś czytasz to tylko katalogi avonu. Jeśli w wieku 16+ jesteś dziewicą to dlatego, że z racji bycia gorliwą katoliczką planujesz oddać się w noc poślubną albo chcesz zostać zakonnicą. Jeśli jesteś ateistą/ką, to musisz być pozbawiony/a wszelkich zasad moralnych. Jeśli jesteś gejem, to musisz być fryzjerem. Jeśli jesteś dziewczynką, to marzeniem Twojego życia jest biała sukienka i welon do ziemi oraz dwuletnie planowanie Twojego najszczęśliwszego dnia w życiu, a jeśli teraz mówisz, że tak nie jest to tylko dlatego, że on ci się jeszcze, łajdak, nie oświadczył. Jeśli chcesz mieć dziecko to jesteś nieodpowiedzialna i na pewno głupia, i utkniesz w tych pieluchach jak w garnkach; jeśli nie chcesz - wyrodny potwór z ciebie, egoistyczne monstrum. I tak dalej.

Przesadzam, wiem. Idę robić tartę.

środa, 29 lipca 2009

Siedzimy przed komputerami, kazdy swoim, i sluchamy muzyki z 'Pamieci zlotej rybki' - jest nieskomplikowana, zmyslowa, radosna, wzruszajaca. Portugalski urzeka, urzeka, urzeka i krzyczy 'naucz sie mnie'. Moze sie wreszcie zmobilizuje i odwiedze odpowiednia sekcje w bibliotece, bo z dwoch semestrow nauki nie zostalo mi w glowie nic poza pustka i fascynacja.

Wino, chinszczyzna i czekolada na trawniku przed domem, uroki mieszkania w takim miescu - znajomi, park, laweczki, wszystko rzut beretem, kolejna butelka wina jest 15 metrow od stolika. Jemy, pijemy, smiejemy sie, a nad nami niepokojaco nisko kraza nietoperze i przyjemnie blisko zapalaja sie, jeden po drugim, swietliki, cala armia swietlikow.

Po prysznicu wiaze wlosy w kucyko-kokon i przypominam sobie jak jeszcze niedawno przeciez wystarczylo mi tylko przejechac recznikiem po glowie, zeby cala czupryna byla sucha. Zastanawiam sie na ile te licealne jezyki, asymetrie, farbowanie na fiolety i czerwienie byly odzwierciedleniem niespokojnego czasu, niepokoju, niepewnosci, tych sinusoid, zmian i placzow po nocach, gryzienia palcow i poduszki. Teraz mam dlugie (jak na mnie) wlosy, nie farbowalam ich od dawna i calkiem mi z tym dobrze. Nie uwazam, ze z krotkimi wlosami bylam mniej kobieca (ani ze dlugie wlosy dodaja mi kobiecosci), nadal lubie krociutkie fryzury, ale chyba juz nie musze, nie potrzebuje. Zlagodnialam. Ostatni rok to duze wycieszenie. Wciaz placze, ale duzo mniej, i w wiekoszosci (no bo przeciez nie zawsze wciaz, ciagle jeszcze nie) wiem dlaczego placze - konkret, hormony, ogolnoswiatowy kryzys typu foki w Kanadzie albo psy w schronisku.

Czasem jednak tupie nozka i robie afere z nieistotnych (obiektywnie) powodow, czasem spinam sie niesamowicie w obecnosci pewnych osob, nadal nie moge zaakceptowac niektorych zachowan. Gdybym czytala o tym na forum albo na blogasku, to na pewno, jestem o tym przekonana, zasmialabym sie, przeczytalabym mu ten fragment i powiedziala z wyzszoscia, ze przeciez tak nie mozna, ze gdzie tam zaufanie, gdzie pewnosc siebie, kto sie tak zachowuje, haha, co to za zwiazki. A potem sama tak robie, powielam te schematy, placze mu pod prysznicem, przyznaje sie do niskich instynktow, ktore staram sie w sobie zwalczac, zaciskam zeby, ale zaciska mi sie tez zoladek, nie moge wytrzymac, patrzec, sluchac, mam alergie na takie akcje sytuacje dziewczeta kobiety usmiechy poprawianie wlosow bawienie sie kosmykiem na te komplementy zarty docenianie jego ignorowanie mnie wiec wbijam paznokcie w palce odliczam w mysli od dziesieciu w dol potem sie usmiecham do niej potem wciaz w mysli mamrocze albo krzycze kurwa kurwa ja pierdole i znow sie usmiecham i pijemy razem herbate a ja w mysli wciaz wylewam jej te pieprzona herbate na glowe jakbym miala dziesiec lat a ona zabralaby mi moja ulubiona lopatke z piaskownicy bo w sumie tak to wlasnie wyglada.

Ale ostatni rok to duze wyciszenie. Zlagodnialam.

wtorek, 21 lipca 2009

Oczywiście jestem mistrzynią świata w układaniu planów, których zrealizować nie mam absolutnie żadnych szans (hmm, to chyba dość zawiła składnia), ale jednak! Zrobiłam tartę (tuńczykowo-pomidorową), posegregowałam (wow, nowe trudne słowo) i wyprałam (część) rzeczy, spakowałam 3/4 swoich ubrań, poszłam biegać. Tylko lekcji niet, ale mam jutro cały dzień przed sobą, nie bądźmy nadgorliwi.

Na trawniku przed domem lenią się dorodne króliki, które już nawet nie uciekają na mój widok, tylko nieruchomieją w trawie i udają, że ich po prostu nie ma. Przystaję na ten chytry plan i kiedy wreszcie przejdę obok nich obojętnie, znów zaczynają radośnie kicać.

Idę przez minipark, jest mgliście, deszczowo, pusto. Nagle tuż przed oczami zapala się świetlik, budząc jednocześnie przerażenie i uśmiech. Odprowadzam go wzrokiem (przecież zaraz zgaśnie) i nagle widzę dwa jelenie. Jest już ciemno, a szkła moich okularów całe pokryte są kroplami deszczu, więc początkowo biorę je za dwa duże psy, może dogi. Tylko skąd u psów rogi? ;) Żałuję, że nie mam ze sobą aparatu i czekam, aż uciekną. Ale one pasą się bez żadnego lęku, wcale się mnie nie boją, co w rezultacie powoduje dość duży niepokój w mojej wielkomiejskiej duszy. Co może jeleń zrobić takim rogiem, zastanawiam się już z bezpiecznej odległości, a one z gracją znikają w zaroślach.

Nie dobiegam do 20 minut, ale po takiej długiej przerwie te 16 to i tak super wynik, bo przecież ani razu się nie zatrzymałam, ha. Potem już z rozpędu wymachuję nóżkami, robię bezwładne raczej skłony, brzuszki, i pędzę pod zimny prysznic. Dopiero wygrzewając się w saunie mogę odzyskać (jakotaką) jasność myślenia. Biegnąć myślę tylko w rytmie 1-2 -- 3-4 --5-6--78910, myślę tylko o tym, żeby dotrzeć do następnego okrążenia, żeby się nie zatrzymać, żeby nie poddać się tej niechęci moich mięśni. Pod prysznicem już całkiem wyłącza mi się myślenie, jest tylko to dobre zmęczenie, ta ulga, ta satysfakcja. I dopiero w cieple i zaciszu sauny mogę swodobnie rozłożyć się na ręczniku i włączyć analizorozkminianie jeleni na deszczu.
Polskie lato w pełni. Jednego dnia gorąco, duszno, parno, dziś od rana, od kilku długich godzin, o szyby pada deszcz, orzeźwiający, ale jednocześnie malujący świat na szaro i buro. Jutro ma być znów 27 stopni. Lubię takie zmiany.
Innych zmian za bardzo nie lubię. Przeprowadzka się zbliża nieuchronnie, ale sterty brudnych ubrań nadal wypełzają z szafy, stosy książek i notatek, zapisane kartki, pocięte scrapbookowe tasiemki, zaplątane kable ładowarek, miasteczko zagubionych dzieci. (pilnuję się chociaż z brudnymi naczyniami, to mój jedyny sukces na polu boju z bałaganem)

Raz w tygodniu uczę francuskiego panią z psychologii i jej 12letniego synka (który jest najmłodszym członkiem amerykańskiego stowarzyszenia fanów Napoleona). Dwa razy w tygodniu odkurzam im dywany, ścieram kurze, zmywam podłogę. Finansowo wychodzę lepiej na pucowaniu kuchennych blatów niż na wtłaczaniu do główek czasowników pierwszej grupy, i chyba nie chcę wyciągać z tego żadnych wniosków. Zresztą tych pieniędzy starcza w sam raz na jedne spożywcze zakupy. Oba zajęcia wykonuję nielegalnie, więc ogłaszanie się dookoła budzi we mnie, która nigdy nawet nie jeździ na gapę, pewne lęki. W końcu to państwo prawa i porządku. A na pewno ogłoszenie w rodzaju "skończyłam filologię, umyję ci kibel", zrobiło by furorę. (i tak, robię coś komuś za pieniądze, a u siebie w domu za darmo nie mogę. taka karma)

Czasami jest mi tak pięknie, a czasami tak nijako.

Powinnam pójść pobiegać, nastawić pranie, zacząć pakować ubrania, przygotować lekcję, dokończyć tartę (zakolejkować te wszystkie czynności jak w Simsach i nie patrzeć na pasek rozrywki)

(weź się do roboty, weź się do roboty, weź się do roboty)

niedziela, 12 lipca 2009

Późno wieczorem oglądamy "Sideways", film bardzo ładny i bardzo obawiam się prawdziwy. Zabawny i smutny jednocześnie. Na poprawę mojego humoru, nawet nie złego, tylko pełnego prawdziwie jesiennej melancholii, dziwnej przy 29st i pełnym słońcu. Potem on otula się kołdrą i słodko śpi, a moje humoronastroje tworzą dziwne kombinacje radości, smutku i wszystkiego pomiędzy, co owocuje zestawem bardzo złych snów o tym jak się kłocimy i rzucamy się w siebie przedmiotami albo jak arabscy terroryści z uśmiechem i sympatycznie omawiają ze mną noclegi z hospitality podczas gdy ich koledzy wysadzają się w autobusach niedaleko nas, a ja nic nie mogę zrobić, tylko siedzę na tej aksamitnej kanapie i tłumaczę co napisać, żeby wyszukać sobie hosta w Amsterdamie. Budzę się kilka razy w ciągu nocy, a rano czuję jak moje komórki w całym ciele nasączone są cząsteczkami strachu, w półśnie jeszcze próbuję je z siebie strząsnąć jak pies strząsa wodę po wyjściu z jeziora. Sytuację ratują dopiero rewelacyjne naleśniki, które on smaży przed wyjściem do pracy, ale kiedy i naleśniki i on znikają, to zadumo-melancholia powraca i obezwładnia.

Nic mi się nie chce, nawet wydrukować zdjęć, nawet przygotować lekcji na środę, nawet poczytać te wszystkie książki, które przywiozłam i które wypożyczyłam. Trochę odnajduję się w gotowaniu, chociaż nie zawsze jest łatwo, wczorajsze bakłażany zapiekane z pomidorem miały w sobie za dużo oliwy, może wrzucone do kolejnej (piątej już chyba w ciągu dwóch tygodni!) tarty wyjdą lżejsze. Mam ochotę na tyle ciast, czekolad, ciasteczek, deserów, ale niebieganie od 6 dni sprawia, że czuję się (sama nie wiem jaka).

Jutro rano ma obronę, i czuć napięcie w powietrzu.

środa, 8 lipca 2009

Napój imbirowy z limonką przegryzam czekoladą. Wieczorem mam zamiar biegać, więc tym potencjalnym wieczornym bieganiem usprawiedliwiam wszystkie kulinarne grzeszki. Czekolada? Jeszcze dwa rządki, przecież zaraz idę pobiegać. Ciasto biszkoptowe z truskawkami? Jeszcze dwa kawałki, przecież wczoraj biegałam. Tarta i wino o północy? No pewnie, przecież jutro pobiegamy. Jeść, jeść, jeść. I gotować. Wczoraj upiekłam pierwszą w życiu tartę, dziś chyba zrobię następną. Czy w sklepie znajdę bakłażany i cukinie? - oto problem dnia.

Zapisałam się na zajęcia. Fotografia, creative writing, composition II i socjologia. Potrzebuję tradycyjnego aparatu, lepszego obiektywu, dużo natchnienia. Przydałby się też statyw. I jeszcze więcej natchnienia. O czym ja napiszę te wszystkie kreatywne historie? Pusto w tej głowce, oj pusto. Lepiej weź się za gotowanie.

Nie mogę pracować poza szkołą, a w szkole nie ma dla mnie pracy. Postanowiłam nie wchodzić na urbanoutfitters, żeby mnie nic nie kusiło i nie wydawać pieniędzy, których nie mam, wbrew pozorom nie jest to łatwe, zwłaszcza w kraju, gdzie amerykańskie (sic!) borówki są takie drogie. Ale i tak chce mi się płakać i tupać nóżką, że wciąż jestem pasożytem, który dzwoni do rodziców i mówi, ile będę musieli wydać na mój czynsz. Który to czynsz na szczęście odrobinę się obniży za trzy tygodnie, jeśli przeżyjemy przeprowadzkę.

Przeprowadzka to temat na oddzielny płacz i tupanie nóżką. Niby nic nie mamy, ale jak te nic książki, ciuchy, komputery, kable spakować, przenieść, rozpakować, ułożyć? Pytanie na jak długo ułożyć, i co potem, kiedy trzeba będzie znów się pakować. Dużo pytań, mało odpowiedzi. A tak mi marzy wybieranie zdjęć do wywołania i powieszenia w pokoju. Mieszczaństwo pełną parą i gdzie tu miejsce na przygody?

środa, 24 czerwca 2009

Mama chora. Blednie, kaszle, rzęzi. Owija się szalikiem i piecze do rana, odkurza, kopie w ogródku, a potem nie chce iść do lekarza i mówi, że jest dobrze. A przecież nie jest. (posprzątaj za nią, zamiast wypisywać głupoty)

Czytam Tochmana, zamawiam Hugo-Badera, zaraz będę przegrywać Kapuścińskiego na mp3. Tochman jest rewelacyjny, prosty a przenikliwy. Staram się opanować czytanie do przodu, niedokładnie, czasem wracam po raz drugi do akapitu, paragrafu, ustępu. Chciałabym ukraść jego warsztat, jego umiejętność układania słów w zdania, zdań w paragrafy, rodział, opowiadanie, książkę. Zastanawiam się na jakie, jeśli, o ile, zajęcia zapisać sie w tym semestrze. News reporting czy creative writing? I czy w ogóle ma to sens, czy w obycm języku mogę wyrazić to, czego nie umiem przecież w swoim własnym, ojczystym, najpiękniejszym.

Czytam o Iranie. Jak to jest, że ludzie wychodzą z domu na demonstrację i wracają w czarnym worku. Nie ogarniam, ale moje nieogranianie świata jest już tak wielkie, pojemne, ogromne, że nie robi to w zasadzie różnicy, zmieści się tam jeszcze wiele śmierci, tragedii, krew i łez. Jak to jest, że ludzie nie mają co jeść. Że dzieci oddaje się do niewoli za dług w wysokości 5 dolarów. Że pod knajpę w której właśnie pijesz piwo ktoś podkłada bombę. Że wracasz z wakacji i nagle twój samolot rozrywa się w powietrzu. Że każdego dnia na polskich drogach, i tak dalej.

Śni mi się, że jestem w obozie (koncentracyjnym? jenieckim? dla uchodźców?). Przemoc, krew, dużo broni. Jakieś chore przedstawienia i próby, podczas których próbujemy uciec. Strażnicy nas gonią, ale jesteśmy trochę szybsi, do czasu, aż z jakiegoś zakamarka, z zatęchłej celi nie wyciągają grupki przerażonych dzieci. Krzyczą, że jeśli nie wrócimy dobrowolnie (jeszcze jesteśmy na terenie obozu, własnie próbujemy forsować płot), to zaraz zastrzelą tych gówniarzy. Zatrzymujemy się na chwilę, tylko po to, żeby podjąć szybką dezycję - uciekamy dalej. Słychać strzały, nie oglądamy się za siebie i kiedy już uciekniemy i bedziemy bezpieczni w małej, górskiej wiosce, będziemy się nawzajem zapewniać, że one i tak musiałyby zginąć.

środa, 17 czerwca 2009

W zawieszeniu

Fajnie tu, normalnie. Czas zatrzymal sie w miejscu. Jem truskawki, chodze z psem, pije piwo, plotkuje. Ale czas tez przecieka przez palce. Powinnam odwiedzic dziadkow, spotkac sie z, pojechac do, posiedziec z mama, porozmawiac, poswiecic jej wiecej czasu, a i tak koncze przed komputerem wypisujac tesknote albo rozwiazujac kretynskie testy.

Fajnie tu, normalnie. Troche jakby Cie nie bylo, bo przeciez byles tu tylko dwa razy i na tak krotko, ze nic nie przypomina o Tobie. Nie ma wspolnego lozka, wspolnej lodowki, wspolnego prania. I ta tesknota jest taka dziwna, jakby Ciebie tak naprawde nie bylo, jakbys nie istnial albo istnial tylko w mojej glowie. Nie placze po nocach, nie wzdycham, nie odliczam dni, tylko sie czasem usmiecham albo smuce i wtedy czuje cala soba jak bardzo mi brakuje Twojego spokoju, Twoich ramion i Twojego czulego usmiechu. A potem znikasz gdzies za oceanem, a czas znow przecieka mi przez palce.

wtorek, 9 czerwca 2009

proza

z wiadomosci milych i przyjemnych. pakuje sie, szukam tras po paryzu, sprawdzam ceny biletow do muzeow. lubie to uczucie ekscytacji przed podroza, przed wyjazdem w nie-nieznane przeciez, ale mimo wszystko w nowosc, innosc, w przygode. laduje baterie do aparatu, wyciagam mapke i przyklejam usmiech do twarzy.

piątek, 5 czerwca 2009

Dzieje sie duzo fajnych rzeczy i troche niefajnych tez, a jakze.

Spotkania, planowanie kolejnych spotkan, wyjazd do Paryza, Krakowa, do dziadkow na dzialke. Rozmowy, plotki, smiech. Piwo, zdjecia, spacer.
Troche tesknoty, ale takiej dobrej, madrej tesknoty. Ktora pozwala spojrzec na wszystko z dystansu. Ktora pokazuje, ze nie bylo powodow do placzu. A nawet jesli, to jest tyle powodow do radosci. Kazdy dzien z nim to powod do radosci (chyba nigdy nie przestane byc mistrzynia w pretensjonalnosci).
Troche zdziwienia. Wszedzie szaro, buro i brudno. Nierowne chodniki, krzywe plytki, porozbijane szyby. Smutne, ziemniaczane mordy; nikt sie nie usmiecha. Korki, kolejki, papierki. Troche tym nasiakam, trace ten spokoj rownej tafli jeziora, ten moj malomiasteczkowy zen, ten relaks nicosci wsrod pol kukurydzy. Teraz frustracja, spaliny, klaksony, czerwone swiatla.

Ale dzieje sie duzo fajnych rzeczy i to powinna byc jedyna puenta tej notki.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

No i jestem.
I duzo ziewam, mysle i tesknie.

Z cyklu drogie dzieci, jesli chcecie sie poczuc jakby anulowany lot to byla tylko i wylacznie wasza wina, to z calego serca polecam Polskie Linie Lotnicze Lot. Bankrutujcie szybciej.
Jeszcze w drodze do Chicago smiejemy sie, ze po roku amerykanskiego snu Polska porazi mnie jeszcze w samolocie. O zgrozo, poraza mnie juz w kolejce, gdzie pani spiesznie informuje, ze lot odwolany i bedzie dopiero jutro i w ogole to dlaczego ja o tym nie wiem (dobre pytanie). Potem sa klimaty w stylu panie z biura krzycza, ze wezwa na nas policje, ja prosze o procedure skladania skarg i zazalen, i udaje mi sie wyleciec tego samego dnia (z roznymi perypetiami w kopenhadze) tylko dlatego, ze swoja tesknote, smutek i zal zmienilam w zlosc plus troche upierdliwosci albo na odwrot.

Dwa dni wczesniej zastanawiamy sie, w glupich zartach, jak podrozuja ci bardzo otyli amerykanie. Dwa dni pozniej na trasie przez ocean, mam miejsce obok, a jakze, takiej pani. Ktora wylewa mi sie troszke znad i spod podlokietnika. Taka zla karma.

Ale jestem i czytam o Airbusie. Zawsze staram sie pocieszac, ze skoro teraz cos takiego sie zdarzylo, to limit wypadkow sie wyczerpal albo chociaz zmiejszyl i mi sie juz nic nie stanie. Limit wypadkow, dobre sobie. Chyba powinnam spytac a co gdyby to byl moj Airbus, ale zmeczenie robi swoje i dzis juz o nic nie pytam.

No wiec jestem, i jest fajnie. Pies z posiwiala brodka i naroslem na oku i na lapkach, ale nadal to najpiekniejszy pies swiata. Pyszna kolacja z rodzicami i bratem, truskawki, plotki i smiechy. Czuje sie jakbym cofnela sie w czasie i nigdy nie wyjechala. Co jest dobre i jest zle.

Nagle rok zycia, rok prozy zycia jest jakby wyjety z zyciorysu. Nigdy mnie tam nie bylo, nigdy stad nie wyjechalam, to byl tylko sen, z ktorego teraz trzeba sie obudzic i w deszczu czlapac na rojbusa.

niedziela, 24 maja 2009

Kazdy ma taki amerikan drim na jaki zasluzyl.

Za tydzien wyjezdzam. Wyjezdzam za tydzien i zupelnie tego nie czuje, tak jak nie czulam tego przyjazdu tutaj i tak jak wciaz nie czuje tego, ze jestem tu 10 miesiecy. Rownie dobrze moglabym tu byc niecaly miesiac. Albo piec lat.

Teraz jest piekna, goraca, duszna wiosna z burzami i kwitnacym bzem. Ale przeciez przezylam juz mrozna zime, zamiecie sniezne i spacery do szkoly przy -30 C. I upalne lato, kiedy przejscie z domu do samochodu bylo koszmarem. I alarm tornadowy trzy tygodnie temu.

Teraz mam wakacje, ale przeciez za mna juz dwa semestry nowosci (i same, ach same, A na koniec semestru ze wszystkich przedmiotow). Zglebianie angielskiego ze zgraja Azjatow i prawdziwy amerykanski college z 18latkami kombinujacymi jak sie upic i 20latkami, ktorzy juz maja za soba dwa lata sluzby wojskowej w Iraku.

(-zabiles kogos? -jesli strzelam to tak, zeby trafic)

Teraz pisze najlepsze eseje w klasie, ale zaraz po przyjezdzie komunikacja w jezyku wroga to byl koszmar, dramat, placz i zgrzytanie zebow. Pojscie na tubylcza impreze oznaczalo usmiechanie sie i kiwanie glowa. Rownie dobrze mogliby mowic do mnie po chinsku. Co z tego, ze ich wszystkich rozumiem, jak wygloszenie uwagi dluzszej niz 'yes, yes' kosztowalo mnie zbyt wiele. Teraz mam swoja wlasna kolezanke i kolege i nawet z nimi zartuje. (chyba sie juz tym chwalilam, ale sukcesow za granica nigdy dosc. a to przeciez szalenie duzy sukces)

Teraz dorabiam (nedznie, ale zawsze) uczac pania psycholog i jej synka francuskiego, ale kilka miesiecy temu skrobalam talerze i nakladalam odmrazane pizze. A kilka innych miesiecy nie robilam nic. Bywa. Widac kazdy ma taki american dream na jaki zasluzyl.

Pare razy sie poklocilismy (chociaz trudno to nazwac klotnia, bo on jest tak irytujaco spokojny, a ja oczywiscie tupie, placze i krzycze, chociaz bardzo staram sie nie). Pare razy bardzo zatesknilam za rodzicami, psem, dziewczynami, dominikiem. Za chodzeniem do luny w poniedzialki. Za przesiadywaniem w amatorskiej, lente albo kafce. Za czekaniem na glupi autobus i za wracaniem nad ranem z nie-dobrych imprez. Za beztroskimi plotami po polsku.
A potem (uwaga, lukier) wtulalam sie w te najpiekniejsze ramiona i czulam sie najszczesliwa kobieta na swiecie. Potem drukowalam przepisy, robilam zakupy, gotowalam, pieklam, wypozyczalam filmy, bralam samochod, jechalam rowerem, wolontariuszowalam w kinie, uczylam dzieciaki matematyki (hehe), chodzilam pilnie do szkoly, odrabialam lekcje, pisalam papiery, wyszukiwalam super ksiazki w rewelacyjnej bibliotece, przesiadywalam godzinami nad filizanka kawy, robilam zdjecia, scrapbookowalam, i czulam, i wciaz czuje, ze to jest moje miejsce, moj swiat i moj dom. Nawet jesli w lipcu musimy sie z niego wyprowadzic.

10 miesiecy na dzikim zachodzie. 10 miesiecy mieszkania razem. 10 miesiecy z nowymi ludzmi, nowym mieszkaniem, nowa szkola. 10 miesiecy z troche nowym zyciem.

Za tydzien wyjezdzam i bardzo sie ciesze i bardzo chce tu zostac.

sobota, 9 maja 2009

Biegam.
Bieganie mnie wkurza, bo piękna pogoda kusi, żeby biegać na świeżym (jak wszyscy, ojezó, w-s-z-y-s-c-y tutaj - w Iowa City nigdzie nie ma korków na ulicy, wszędzie są za to korki pięknych i młodych biegających), ale pagórki ulicy benton okazują się zbyt strome, zwłaszcza w opcji pod-górę. Biegam więc w miejscowym nazwijmy to domu sportu, i to też mnie wkurza, bo duszę się, bo (za bardzo) czuję wszystkie mięśnie, stawy i komórki nerwowe, a na dodatek wyprzedzają mnie wszyscy obecni tam emeryci i renciści.
Ale biegam.
I pewnie nigdy bym w to nie uwierzyła, ale naprawdę mało rzeczy jest przyjemniejszych niż to piękne piękne zmęczenie, kiedy po tym okropnym bieganiu, które mnie zabija, ostatnimi siłami docieram do sauny, a potem pod gorący-ciepły-chłodny-zimny-lodowaty prysznic. Prysznic, który zmywa całe zmęczenie, niedoskonałości mięśni, wszystkie zjedzone ciasta i wyrzuty sumienia. Prysznic, po którym mam ochotę zrobić mnóstwo nowych fajnych rzeczy (więc hop-siup do biblioteki i sekrety tajskiej kuchni, zdjęcia Annie Leibovitz i podręcznik do hiszpańskiego). Prysznic, po którym myślę, że uda mi się we wtorek wstać na jogo-rozciągające zajęcia o 7 rano.

A potem wracam do domu i jem precle.

piątek, 1 maja 2009

Paradoksalnie, wiosna tak łatwo zaciera się tutaj między srogą zimną a upalnym, wilgtnym latem, albo raczej tworzy dziwaczną mieszankę, która nie ma zbyt wiele wspólnego ze spokojnym przejściem ze śniegu do słońca. Piątek jest słoneczny i gorący, 30 st. C, wycieczka do szkoły kończy się lekkim poparzeniem odkrytych ramion. Sobota deszczowa, zimna, niespokojna - w IC burza, w CR tornado. Czy w maju może spaść śnieg? Dziś jest 9st, jutro ma być 26. Cuda, cuda.

Piękę i gotuję. Nadal rozsypuję mąkę dookoła, cukier zgrzyta pod stopami, masło jest zbyt miękkie lub zbyt twarde, palce umorusane w zółtku, a i tak wyjadam z miski czekoladę lub masę kokosową. Nie wiedziałam, że to tyle przyjemności - postawić na stole ciepłe ciasto z czekoladowym serduszkiem. Całe mieszkanie pachnie kokosem. Spokój. (oczywiście tylko do czasu aż on zbyt głośno nie zachwyci się ciastem jakiejś innej. cóż)

Kroję i obieram imbir, wyciskam sok z limonki, zalewam wrzątkiem, słodzę miodem. Wypijam dziennie 2-3 wielkie szklanki i powoli się uzależniam. Hinduski cud świata.

Łapczywnym wzrokiem sprawdzam ceny w Urban Outfitter i uśmiecham się na myśl o tych sukienkach, torbach, sandałach, na które i tak mnie nie stać. A przecież nawet gdy zakładam spódnicę sprzed 4 lat, i tak robię w szkole za gwiazdę. W miejscu, gdzie 90% dziewcząt pomyka w dresach, Uggach/gumowych japonkach nie jest to specjalnie trudne. Ale próżność wciąż się odzywa.

Misja ogarnięcia się kończy się jak zwykle. Chodzę na jogę, ale cóż z tego, skoro wracam i piekę kolejne ciasto. Opcja niejedzenia po 18 zadziała jeden dzień, kiedy w lodówce była tylko musztarda i jedno małe piwo. Zresztą jak wytrzymać bez jedzenia oglądać do północy Family Guya? I kto stawia przede mną otwartą paczkę Ptasiego Mleczka (a potem się dziwi, że zjadłam całe)? Jest więc duża szansa, że wrócę do ojczyzny w kształcie hamburgera.

czwartek, 16 kwietnia 2009

i co, i nic.

Z cyklu mój pierwszy raz w ósa - śniadanie wielkanocne. O którym nikt nie pamiętał i które dość łatwo byłoby tu przespać, bo wielkanoc to tylko w walmarcie, a my do walmartu jeździmy tylko po pastę do zębów i scrapbóki. Ale Praktyczna Pani nie śpi! i tak oto część ajołańskiej reprezentacji Europy środkowo-wschodniej miała okazję uraczyć się pisankami, paschą i rzeżuchą (przeszmuglowaną z ojczyzny). I całą resztą, mniej lub bardziej wyrafinowaną/smaczną. W bonusie polskie kurczaki w świecznikach z ikei.

W świąteczny (nie tutaj, oj nie) poniedziałek śnieg z deszczem. Z trudem zmuszam się do wypełznięcia spod cieplutkich ramion i kołdy, i z Carlą Bruni w głośnikach przez zawieruchę i ulewę próbuję dotrzeć do szkoły. Na każdych czerwonych światłach włączam tylnią wycieraczkę i szalenie bawi mnie moje głębokie przeświadczenie, że w samochodzie za mną ktoś zgrzyta zębami z zazdrości, bo nie wie gdzie ma to tylniowycieraczkowe pokrętło. A ja wiem, ha.
Mało co tak nie poprawia humoru jak poczucie wyższości, prawda? (prawda)
W szkolę edukuję tubylców w kwestii lanego poniedziałku; przynajmniej pod tym względem pogoda dopisała. Mam kolegę i koleżankę, z którymi mogę się pośmiać. Cała reszta, podejrzewam, śmieje się ze mnie.

Ale dziś jest pięknie. Dziś (zadyszką) rozpoczynam sezon rowerowych wycieczek do szkoły, po drodzę strzelam parę wiosennych fot, żeby mieć co wspominać na wypadek powrótu śniegu i mrozu. Dziś już nie pamiętam, że wczoraj gryzłam i warczałam nad matematyczną pracą domową, i dziś udało mi się nawet wstać bardzobardzo rano (przed 8!), poćwiczyć jogę i wypić zieloną herbatę, poplotkować z mamą, umyć naczynia, i wszystko to z uśmiechem na twarzy,
albowiem
dziś jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora.
I tyle.

czwartek, 2 kwietnia 2009

Najpierw nie zwracam na to uwagi, przecież nie chodzę jak w zegarku. Potem przychodzi niepewność i niepokój, co jest najgorszym chyba połączeniem, bo strach można rozpracować, próbować zracjonalizować, a niepewność i niepokój po prostu tkwią, i jest to mieszanka wybuchowa. Więc wybucham płaczem, i chlipie mu w ramionach, i okazuje się, że nawet w sytuacjach, które mi wydają się okrutnie kryzysowe i strasznie niepokojące, no właśnie w takich sytuacjach on głaszcze po włosach, przytula i mówi, że będzie dobrze, że super, że to powód do radości, a nie płaczu. Raduję się. Prawie. A potem okazuje się, że trzeba spojrzeć chwilę dłużej na kalendarz Tylkowskiego, na rysunek z marca, i na kolejne miesiące, i to wystarczy, żeby napełnić się spokojem i wyrzucić z siebie ten niepokój.
A pierwszego kwietnia moje ciało żartuje sobie ze mnie i okazuje się, że cały ten lęk i cała ta notka były zupełnie niepotrzebne i w zasadzie to trochę mi smutno.

środa, 25 marca 2009

Tydzień na chorobowych wakacjach oznacza tydzień totalnej stagnacji intelektualnej i fizycznej. Spanie do popołudnia, oglądanie zdesperowanych pań domu i kryminalnych zagadek do drugiej w nocy, segregatory i książki rzucone w kąt, piętrzące się prace domowe i naczynia w zlewie.
Koniec wakacji ozacza bolesny powrót do rzeczywistości. Esej rodzi się w bólach w ostatnim momencie (za wcześniejszy zostałam nominowana do konkursu, więc teraz moja chora ambicja nie pozwala mi odpuścić i stara się wygrać z równie chorym lenistwem), prace domowe powstają między kolejnymi płytami serialu, notatki do egzaminu czytam na czerwonym świetle.
W poniedziałek i wtorek biegam, dziś joga, jutro znów bieganie (oby). 3 kilogramowa paczka od rodziców poza zdrową rzeżuchą zawierała całe mnóstwo mniej zdrowych, ale jak bajecznych smakołyków. Delicje, ptasie mleczko, czekolada mleczna, z karmelem, orzechami, torcik wedlowski razy dwa. Ach, ach. Poziom cukru wzrasta na sam widok, a torcik cóż, zjada się prawie sam w mgnieniu oka.

poniedziałek, 16 marca 2009

Spring Break. Mogę się legalnie lenić, więc się lenię. Tym bardziej, że zmogła mnie choroba, więc lenię się kichając, smarkając i kaszląc. Gruźlik na urlopie. Stan konta uniemożliwa eskapady większe niż do kina i na kawę, ale pogoda znów (oby tym razem na dłużej) jest tak piękna, że kto by tam chciał na Florydę? Może jutro wyprowadzę moje zakatarzone drogi oddechowe na miasto. Huhu. Zakochałam się w bibliotece i tym, że mają tyle boskich rzeczy. Na razie namiętnie wypożyczam płyty z jogą, ale czaję się też na płyty z hiszpańskim, striptizem i książki o kryminalistyce. Viva Las Vegas ;)
Rano mamroczę spod kołdry "no pa" i wyleguję się do 14. O jak dobrze! Niestety lista rzeczy do szkoły nie skraca sie od spania, oglądania Family Guya i obrabiania zdjęć, więc od czasu do czasu przekładam segregator z miejsca na miejsce, żeby stworzyć środowisko pracy. Na tym się kończy, ale przecież jest dopiero poniedziałek!
Mam piękne słońce za oknem, butelkę czerwonego wina, hummus z chili i limonką, "Underground" i "Otac na sluzbenom putu" i ochotę podbić cały świat.

czwartek, 12 marca 2009

Staram się cieszyć z małych rzeczy.
No to się cieszę, bo:
-- co z tego, że jest zimno - świeci piękne słońce i nie ma już śniegu, więc jeśli mam na sobie kurtkę, to mogę spokojnie udawać, że zamiast -11 jest +11. Albo i 25, bo taka ta moja kurtka jest fajna
--docieram na jogę, i to już drugi raz z rzędu, a joga była i jest za darmo i wyginam się na wszystkie możliwe albo i niemożliwe strony i potem wszystko mnie tak dobrze boli
-- po jodze H. podwozi mnie do domu i zostaje na makaron z bazylią i koncentratem pomidorowym (przemilczmy to) i plotkujemy o chłopcach, szpiegowaniu ludzi na fejsbókó i pogróżkach od obecnych byłych (że też mnie omijają takie historie!)
-- z T. droczymy się w kwestii puffinów, a kiedy grzecznie czekam w kolejce do wyjazdu ze szkolnego parkingu, on równie grzecznie czeka na pasie obok, więc robię głupie miny, i oboje uważamy, że to całkiem zabawne (chyba ;) )
-- rano (albo trochę później..) podrzucam P. do pracy i gnam do szkoły i wracam sama tym wielkim autem, i czuję się z tego powodu szalenie niezależna, fajna, odważna i tak dalej (do momentu, aż o mały włos nie uderzyłam w samochód sąsiada na parkingu)
-- zaraz zrobię ciasto kokosowo-morelowe i na chwilę zapomnę o ograniczaniu cukru (który, jak się przed chwilą okazało, jest w kosmicznych ilościach nawet w takich niewinnych morelach!)

Ach, i jeszcze, pomimo wcześniejszych tekstów w stylu dawanie kwiatów jest przereklamowane dostałam wczoraj bukiet róż :)

czwartek, 5 marca 2009

Będę brał cię w aucie

Im mniej się dzieje, tym więcej chce mi się pisać.

Wiosna. Ach! 21 stopni. Na plusie, w Celcjuszach! Kto to widział. Wskakuję w jasne spodnie, ciemnozieloną koszulkę, do tego trampki i już. Kurtka dzinsowa do torby, ale i tak się nie przyda. Rany, jak pięknie.

Wystarczy, że na chwilę wyjdzie słońce, a ja czuję się boginią seksu. I księżniczką kierownicy. Kiedy nie grożą mi żadne zaspy, poślizgi, śniegi i zaniepokojone spojrzenia z miejsca pasażera, zaczynam cieszyć się jazdą. Suzanne Vega na cały regulator i vamos (niestety nie na plażę, a do sklepu. ale i tak buzia mi się cieszyo). Wciąż jeszcze kręci mnie udane zaparkowanie i zdarza mi się obejść cały samochód dookoła, żeby pozachwycać się idealnym wjechaniem między linie. Zdarza mi się też krzywo zaparkować, ale jest zbyt pięknie, żeby o tym pisać. Poczekajmy na przesilenie wiosenne.

Po tygodniu pustej lodówki - same smakołyki. Świeża mozarella, dwie sałatki, salami, pomidory, ogórek, papryka i kiełki (no wiem, zwykłe warzywa, ale dla mnie tutaj to naprawdę są luksusy ;) ). Na szczęście promocja na najlepszą czekoladę się skończyła, więc pustki w portfelu przekonały mnie, żeby nie kupić ani tabliczki. Ani jednej! Może jednak kryzys to nie taka zła rzecz.

Idę pobiegać w słońcu. Ha!

wtorek, 3 marca 2009

Budzimy się i zasypiamy razem już tyle miesięcy. Rano bierzemy razem prysznic i jemy wspólnie płatki śniadaniowe. Czasami ktoś komuś robi śniadanie do łożka. Czasem komuś brakuje miejsca na wspólnej półce w łazience. Odwozimy się nawzajem do szkoły.

Takie to teraz, takie już, takie bardzo. Boję się, że coś przegapię. Czy można przegapić życie albo szczęście?

Nie chcę być Twoją współlokatorką. Nie chcę przechodzić na żaden wyższy poziom związku. To jest mój poziom. To są moje motylki, moje uśmiechy i moje rumieńce. Tu mi dobrze.
Ile może być dobrze? Pół roku, rok, pięć lat?

Słucham tych ckliwych piosenek o miłości i wiem, że tak nie chcę. Nie chcę Ci zabierać całego świata, nie chcę, żebyś mi oddawał całe swoje życie, nie chcę, żebyś Ty był całym moim światem. Nie chcę umrzeć z rozpaczy, gdyby, jeśli, o ile. Pamiętam, jak ważne jest, żeby mieć swoje własne, dla siebie. Pielęgnuj swoje życie. Pamiętam.
Ale czasem chcę wszystkie Twoje wieczory, Twoje noce, Twoje poranki, czasem chcę Twoje dłonie, Twój głos, Twoje ramiona. Czasem trochę o tym zapominam. Najwyraźniej moje życie nie jest aż tak bujne.


po to jesteś na świecie, by mnie tulić w ramionach,
cuda cuda opowiadać
i z miłości, i z miłości
konać

poniedziałek, 2 marca 2009

Drogi pamiętniczku, strzel mi w mordę

Ojesó. To by było na tyle jeśli chodzi o moje pięknie brzmiące plany zmiany.

Oczywiście nadal jem czekoladę. Jedna zmiana to taka, że teraz robię to w ukryciu, tajemnicy i z wyrzutami sumienia, ale obawiam się, że ilość cukru w cukrze pozostaje taka sama bez względu na okoliczności. Na dodatek dzisiaj dostaliśmy niespodziankę z Chicago, czyli Delicje (już zniknęły) oraz dwie zamówione tabliczki Wedla (ukryłam głęboko w szafie, może przetrwają do jutra). Z wiejskiej bibliteki wypożyczyłam ambitnie trzy płyty (joga, power joga, pilates), ale już mam 356 wymówek. Dziś udało mi się poćwiczyć po raz pierwszy, ale słuchanie (po angielsku), patrzenie (spod biurka) i robienie (koślawe) nie idą w parze. W środę planuję iść na darmową szkolną jogę, ale pewnie coś mi wypadnie (haha).

Należało by mnie mocno kopnąć w tyłek, ale z drugiej strony wkurzam się i burzę i gniewam na jakiekolwiek jego sugestie. Nie po to tyle czasu tworzyłam swoją samoocenę, żeby teraz ktoś mi mówił, że nie powinnam jeść czekolady. Sam sobie ogranicz cukier! Biegaj, biegaj, a mi pozwól grać w Czuzle.
I tak dalej.

czwartek, 26 lutego 2009

Co się liczy kiedy mam PMS?

To, że nie pamiętasz o której zaczynam środowe zajęcia,
że zapominasz, że przecież nazajutrz mam egzamin z psychologii,
że ucieka Ci z głowy, żeby zapytać jak było u dentysty,
że przygotowujesz prezentację i wracasz z pracy o nieprzyzwoitych porach,
że nie jestem jedyną kobietą, z którą konsultujesz który krawat pasuje do tej marynarki (królu złoty, co za absurd, ale jakie to ważne, jakie to głupio ważne),
że od dawien dawna nie mieliśmy czasu na wspólną kąpiel z pianą i winem,
że ciasto nie wyszło takie jak powinno,
że lodówka jest przeraźliwie pusta i takież też jest moje konto i głowa i głowa,
i jeszcze to, że patrzysz na mnie takim smutnym wzrokiem
albo to, że nie patrzysz na mnie wcale.

Co się liczy cały inny czas?

Że jesteśmy