wtorek, 14 grudnia 2010
Kilka razy płaczę tak długo i rozpaczliwie, że wszystko mnie boli, głowa, serce, żołądek, komórki nerwowe dają o sobie znać nawet w mięśniach łydek, przytulam wtedy sama siebie i czekam, aż się zmęczę i jeśli nawet mnie to drażni, to co dopiero innych. Dwa dni później nucę "...blueberry hill", jest piękne słońce, a złote liście wirują nad ulicą. Między histerią a zachwytami nad okolicznościami przyrody snuję plany albo chociaż się staram, kupuję letnie sukienki i obiecuję sobie, że niedługo zacznę biegać plażą i że jeszcze będzie dobrze.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 komentarze:
oj, tak. czasem brzmi jak bipolar disorder prawda? napalanie sie na przyszle wyzerki dla ducha i ciala na pewno pomaga, tymczasem wlacz na sluchaweczkach sniezna skladanke, ubierz cieplo i probuj cieszyc zima. swoja droga, czy istnieje cos fajniejszego niz bieganie po plazy albo napalanie na przyszle koncerty? no moze cos by sie znalazlo.. a tu trzeba sie cieszyc tym co jest. dzisiaj jedna pani z uczelni (dzis musialam sie pogodzic z tym ze to u mnie koniec etapu studiow, ktorego nie wykorzystalam) radzila mi patrzec optymistyczniej. taa. ale przesylam te slowa dalej, z cieplym pozdrowieniem i pisz..
u mnie na razie +26, wiec zeby cieszyc sie zima nie musze ubierac sie wcale ;)
u mnie plus 15, żałuję, że nie wziąłem marynarki.
czekamy na posta utyskując na zmiany klimatyczne;)
Prześlij komentarz