czwartek, 14 stycznia 2010

Trzeba powrócić do nowego-starego rytmu, wyznaczanego odjazdami autobusów, już podmiejskich, ale wciąż trochę rzadkich i z pętli za siedmiona zaspami. Do wyliczania ile jakich biletów (te niesamochodowe dylematy), trzydniowy czy dobowy, 40 minut na dwie strefy czy jeden przejazd na 120 minut, do nie-mówienia dzień dobry i nie-uśmiechania się do chińskich studentów, nieistniejących już przecież w podmiejskich autobusach do Julianowa.
Młodzieniec z kanapką staje zbyt blisko, zwiędła sałata i pomarszczony pomidor, pajęczyna śliny tuż koło mojej twarzy. Monotonne ciamkanie w rytm stukotu metra, systematyczne wsmarowywanie masła do ciała, precyzyjne zginanie metalowych drucików. Samotne zasypianie. Śniadanie, obiad, kolacja czekające na stole. Spacery z mamą, backgammon z tatą. Pogoda w Houston na komputerze, breezy with periods of rain, 16 C, wind E 6 m/s. Tu nie ma miejsca na rozdzierające serce tęsknoty. Dwa światy są precyzyjnie rozdzielone. Tu spędzilismy razem raptem dwa, może trzy tygodnie i to w długich odstępach. Tu jest czekanie na autobus, chodzenie na grzane piwo i ploty. Pisanie mejli. Jednoosobowe łóżko z pluszowym łosiem. Bawełniana piżama. Kapcie w krowy. Nierozpakowana walizka jest jedynym świadkiem, że istniał, że istnieje, ten drugi świat. Ze wspólnym łóżkiem, wspólnym stołem, wspólnym piciem wina do kolacji. Świat, który teraz istnieje w mojej głowie jako dano widziany film, jakaś zeszłoroczna plota, niezbyt wiarygodna anegdota, że ktoś kiedyś wyjechał hen daleko. I gdzie tu miejsce na zabawną puentę?


A te wszystkie głupoty tylko dlatego, żeby nie napisać, że psa już nie ma. Był 13 lat i nagle posłanie jest puste. Wciąż myślę, że jest u dziadków na działce i niedługo po niego pojedziemy, rodzice wciąż chodzą na wieczorne spacery, a kiedy przekręcają klucz w zamku i nikt nie szczeka na ganku, wtedy wyciągam jego poduszkę i wtulam się w jego zapach.
Niech ktoś mi go odda.

2 komentarze:

Ghostwriter pisze...

Wpis o piesku naprawdę smutny i przygnębiający. Poprzedniego posta do końca nie doczytałem, bo znów było w nim o psie - jeszcze zanim... Sam kiedyś straciłem psa - autobus, który tak bardzo lubił gonić i obszczekiwać - któregoś dnia zmiazdżył mu miednicę swoimi wielkimi kołami. Smutek w sercu pozostał do dziś... Nie ukrywam, że pójdę dziś spać nieco przygnębiony, pełen odświeżonych wspomnień.

Aleksandra pisze...

ogólnie blog ciekawie napisany, przyjemnie się czyta :)
ale post o piesku podzielając komentarz poprzednika, faktycznie smutny... współczuję...