poniedziałek, 28 grudnia 2009

Leży grzecznie na kocyku, wenflon w łapce pokrytej siwą sierścią, oczy pełne niepokoju i ufności jednocześnie. Kroplówka zawieszona na glośniku, prowizoryczny szpital między kuchnią a dużym pokojem, kropla po kropli, mieszanka powoli spływa do żył.
Myślę o tych wszystkich chwilach, kiedy nie chciało mi się z nim wyjść, bo deszcz, bo zimno, bo gorąco, bo wcześnie, bo późno, bo randka, bo kac. Kiedy nie mogłam zebrać sie w sobie, a on się niecierpliwił i szczekał i kręcił się, aż w końcu rodzice tracili cierpliwość, brali smycz i mowili, ze oddadza go do schroniska.
Powinnam mysle o tych chwilach, kiedy jako szczeniak wchodzil do mnie na lozko, zwijal sie w klebuszek w nogach, a kiedy juz poczul sie pewnie, wywracal sie na plecy i spychal mnie lapami. Albo kiedy siadalam na jego poslaniu, a on chwytal je w zeby i wozil mnie jak w rydwanie po calym mieszkaniu. Kiedy zweszyl jedzenie, siadal w kuchni i mial tak blagalne oczy, ze nikt mu sie nie mogl oprzec. Kiedy dzielilam sie z nim, pol na pol, ostatnim kawalkiem kalarepki.
Potem idziemy na spacer, nieśmiało merda ogonem na widok śniegu i entuzjastycznie zlizuje go z chodnika - to jedyna forma wody, którą akceptuje (miska nieruszona od tygodnia). Już myślę, że jest dobrze i że taki żwawy z niego psiak, kiedy po raz trzeci dziś upada w śniegu i patrzy się zdumiony wokół, jakby sam nie mógł uwierzyć, że w tych łapkach nie ma już tyle siły.

wtorek, 22 grudnia 2009

Gdybym byla rezyserem i krecilabym film o moim zyciu, pewnie znalazlaby sie w nim scena w ktorej siedze w brudnym autobusie, roztopiony snieg na podlodze, i bezmyslnie patrze na zaparowana szybe, przez ktora prawie nie widac szarego miasta, i sluchalabym Marii Peszek, chociaz chcialam Pogodna. To brzmi bardzo banalnie, ale tak banalnie wyglada teraz moje zycie. Moje zycie bez ciebie, powinien powiedziec glos z offu, ale bez przesady, banal nie musi od razu oznaczac melodramatu.

*

wady i zalety bycia w domu.
jest fajnie. i ciesze sie, ze jestem.
ale
awantura przy sniadaniu (rodzice) to rozmowa nie awantura
awantura przy sniadaniu (rodzice po raz drugi)
awantura przed kolacja (brat i tata i babcia w sluchawce)
chce mi sie plakac jak tego slucham, chce mi sie zamknac drzwi i udawac, ze to nie sa glosy ludzi, na ktorych mi tak zalezy. bardzo zalezy i bardzo zle glosy. tesknie do spokoju na hawkeye court. tesknie do jego spokoju.

wtorek, 15 grudnia 2009

Staram sie nie myslec, myslenie szkodzi, dowodow az nadto.
Kiedy nie mysle jest tak dobrze, tak blogo. Kiedy nie mysle, jemy sniadanie w lozku i pijemy wino w wannie. Kiedy nie mysle o tym, ze to moje ostatnie dni w miejscu, o ktorym juz myslalam 'dom' (chociaz nadal sie nie lubie z piekarnikiem, a gazowy - brr- piecyk czasem budzi mnie w srodku nocy). Ze to ostatnie wspolne prysznice w tej smiesznie malej lazience, ostatnie sprawdzanie poczty przy rytmie jazzu i zaslonietych zaslonach, ostatnie lapanie zielonego kubka z herbata i nerwowe szukanie kluczy, ktore powinny przeciez wisiec na psim ogonku z ikei. Ze to koniec szkoly, ktora prawie poskromilam, koniec kulenia sie na bibliotecznym fotelu z laptopem, koniec jezdzenia autostrada i tej wolnosci, kiedy przestrzenie otwieraja sie przed toba dwa razy w tygodniu.
Ciesze sie, ze lece do Polski, ze zobacze wszystkich, za ktorymi tak tesknilam, ze poglaszcze psa i zjem pomidorowa z kluseczkami. Ale cieszylabym sie duzo bardziej, gdybym wiedziala, ze to tylko wizyta, mila, intensywna, przyjemna, ale wizyta, ktora sie skonczy i ze potem wroce do tej herbaty na wynos, tego jazzu, tych ramion. A przeciez tego nie wiem.
Moze to jest wlasnie limit szczescia, dwa lata, moze trzy i potem koniec i trzeba znow jesc pomidorowa z kluseczkami.