poniedziałek, 28 grudnia 2009

Leży grzecznie na kocyku, wenflon w łapce pokrytej siwą sierścią, oczy pełne niepokoju i ufności jednocześnie. Kroplówka zawieszona na glośniku, prowizoryczny szpital między kuchnią a dużym pokojem, kropla po kropli, mieszanka powoli spływa do żył.
Myślę o tych wszystkich chwilach, kiedy nie chciało mi się z nim wyjść, bo deszcz, bo zimno, bo gorąco, bo wcześnie, bo późno, bo randka, bo kac. Kiedy nie mogłam zebrać sie w sobie, a on się niecierpliwił i szczekał i kręcił się, aż w końcu rodzice tracili cierpliwość, brali smycz i mowili, ze oddadza go do schroniska.
Powinnam mysle o tych chwilach, kiedy jako szczeniak wchodzil do mnie na lozko, zwijal sie w klebuszek w nogach, a kiedy juz poczul sie pewnie, wywracal sie na plecy i spychal mnie lapami. Albo kiedy siadalam na jego poslaniu, a on chwytal je w zeby i wozil mnie jak w rydwanie po calym mieszkaniu. Kiedy zweszyl jedzenie, siadal w kuchni i mial tak blagalne oczy, ze nikt mu sie nie mogl oprzec. Kiedy dzielilam sie z nim, pol na pol, ostatnim kawalkiem kalarepki.
Potem idziemy na spacer, nieśmiało merda ogonem na widok śniegu i entuzjastycznie zlizuje go z chodnika - to jedyna forma wody, którą akceptuje (miska nieruszona od tygodnia). Już myślę, że jest dobrze i że taki żwawy z niego psiak, kiedy po raz trzeci dziś upada w śniegu i patrzy się zdumiony wokół, jakby sam nie mógł uwierzyć, że w tych łapkach nie ma już tyle siły.

2 komentarze:

kasia wska pisze...

*ryk ryk ryk*
ucaluj psi leb ode mnie.

SylwiaB pisze...

jeej, bardzo to bliskie i mnie... i jeszcze smutno będzie czas jakiś...
pozdrawiam ciepło!