sobota, 3 października 2009

O rany. Tydzien temu dlawilam sie lzami, ze tak malo czasu spedzamy razem, a dzis plawie sie w tym czasie, otulam sie nim, przykrywam, zawijam w kokon albo kaftan bezpieczenstwa.
W piatek uciekasz z pracy tak wczesnie, ze az w to nie wierze, potem troche siedzimy w samochodzie i patrzac na splywajace krople zastanawiamy sie gdzie zjesc. Niezawodny Hindus, tandoori chicken masala i mango lassi, kardamonowo-cynamonowa herbata w kawiarni obok i spacer mokrymi ulicami do kina na Woodego Allena i studencki popcorn za dolara.
Sobotna jest rownie leniwa, nalesniki i bajgle, zakup swiezych i pysznych (ach ach) warzyw na targu (gdzie pomidory takie jak polskie i nawet maja kalarepke), kawa i kokosanki z widokiem na czerwona cegle, krotka drzemka w domu i znow kino, ktore budzi usmiech. Jest zimno i deszczowo, wiec po powrocie do domu znow otulam sie koldra; budzi mnie zapach zupy kalafiorowej, ktora wlasnie ugotowales dla nas na obiad i juz nie moge przestac sie usmiechac.

0 komentarze: