wtorek, 27 października 2009

Jesień w pełni.

Akurat. Jutro ma być 18 st (i to C, a nie F!), a biedronki i spółka obudziły się z zimowego snu i atakują falangą wejściowe drzwi.

Jesień w pełni.

Liście spadają w zatrważającym tempie i za chwile nic już nie zostanie z tej orgii kolorów, światła, szumu i szelestu.

Słucham nostalgicznych piosenek po portugalsku, piekę serową tartę, marzę o dyniowej zupie, ukradkiem podjadam wafelki, które z Polski w paczce przysłała mi babcia.
Piję imbirową herbatę.

Pierwszy raz od dawna marzą mi się gwiazdka, długie szukanie prezentów, wybieranie odpowiedniego papieru do pakowania, zapach piernika w całym domu, smak makowca, bakalii w keksie. Zostawione na noc zapalone lampki na choince i pasztet z pieczarkami i żurawiną, świąteczny poranek w łóżku z książką i stosem ciasta.
A może po prostu marzy mi się święty spokój, który przychodzi dopiero w drugi dzien świąt, kiedy już nic nie trzeba.