wtorek, 15 września 2009

Jeszcze 28 stopni C (w cieniu), a liście na drzewach już się żółcą, złocą, czerwienią. Na północy przymrozki, tutaj wciąż lato, ale za kilka dni będzie można pójść na spacer poszurać bucikami w starannie ułożonych wielobarwnych stertach.

Lubię wczesną jesień.

Chciałabym mieszkać w miejscu, gdzie jest długie łagodne przejście między latem a jesienią. Gdzie jest las i jezioro, ale bez przerażających insektów, gdzie można szyję opatulić lekkim szalikiem i wybrać się na długą przechadzkę, po której kubek ciepłej kardamonowej herbaty będzie spełnieniem marzeń.
Plaża, morze, palmy, chłodne drinki z palemką wydają się atrakcyjne i kuszące, ale w wersji 356 dni w roku stają się banalne.
Lubię wszystkie cztery pory roku. Nie mogę się doczekać pierwszego śniegu, chociaż będę wtedy niesamowicie narzekać na zimę, roztapiający się śnieg, przemoczone buty i zdecydowanie za mało słońca.

Lubię też jeździć samochodem. Nigdy nie wierzyłam ludziom, którzy mówili, że jazda sprawia im przyjemność, a tu proszę, niespodziewanie sama dołączyłam do grona tych dziwaków. Daleko mi do fanatyzmu i (wciąż jeszcze) wszelkie wymiany oleju i pasków klinowych zostawiam ukochanemu, ale lubię ten moment, kiedy jestem sam na sam z samochodem (ale tylko sam na sam, z pasażerem traci to cała magię, więc chętnie rezygnuję wtedy z bycia kierowcą). Pudruję nos na światłach (o zgrozo!), wyjadam maliny na zakręcie i całą trasę śpiewam na cały glos melancholijne francuskie piosenki. Tylko się nie zadław.