wtorek, 21 lipca 2009

Polskie lato w pełni. Jednego dnia gorąco, duszno, parno, dziś od rana, od kilku długich godzin, o szyby pada deszcz, orzeźwiający, ale jednocześnie malujący świat na szaro i buro. Jutro ma być znów 27 stopni. Lubię takie zmiany.
Innych zmian za bardzo nie lubię. Przeprowadzka się zbliża nieuchronnie, ale sterty brudnych ubrań nadal wypełzają z szafy, stosy książek i notatek, zapisane kartki, pocięte scrapbookowe tasiemki, zaplątane kable ładowarek, miasteczko zagubionych dzieci. (pilnuję się chociaż z brudnymi naczyniami, to mój jedyny sukces na polu boju z bałaganem)

Raz w tygodniu uczę francuskiego panią z psychologii i jej 12letniego synka (który jest najmłodszym członkiem amerykańskiego stowarzyszenia fanów Napoleona). Dwa razy w tygodniu odkurzam im dywany, ścieram kurze, zmywam podłogę. Finansowo wychodzę lepiej na pucowaniu kuchennych blatów niż na wtłaczaniu do główek czasowników pierwszej grupy, i chyba nie chcę wyciągać z tego żadnych wniosków. Zresztą tych pieniędzy starcza w sam raz na jedne spożywcze zakupy. Oba zajęcia wykonuję nielegalnie, więc ogłaszanie się dookoła budzi we mnie, która nigdy nawet nie jeździ na gapę, pewne lęki. W końcu to państwo prawa i porządku. A na pewno ogłoszenie w rodzaju "skończyłam filologię, umyję ci kibel", zrobiło by furorę. (i tak, robię coś komuś za pieniądze, a u siebie w domu za darmo nie mogę. taka karma)

Czasami jest mi tak pięknie, a czasami tak nijako.

Powinnam pójść pobiegać, nastawić pranie, zacząć pakować ubrania, przygotować lekcję, dokończyć tartę (zakolejkować te wszystkie czynności jak w Simsach i nie patrzeć na pasek rozrywki)

(weź się do roboty, weź się do roboty, weź się do roboty)