piątek, 1 maja 2009

Paradoksalnie, wiosna tak łatwo zaciera się tutaj między srogą zimną a upalnym, wilgtnym latem, albo raczej tworzy dziwaczną mieszankę, która nie ma zbyt wiele wspólnego ze spokojnym przejściem ze śniegu do słońca. Piątek jest słoneczny i gorący, 30 st. C, wycieczka do szkoły kończy się lekkim poparzeniem odkrytych ramion. Sobota deszczowa, zimna, niespokojna - w IC burza, w CR tornado. Czy w maju może spaść śnieg? Dziś jest 9st, jutro ma być 26. Cuda, cuda.

Piękę i gotuję. Nadal rozsypuję mąkę dookoła, cukier zgrzyta pod stopami, masło jest zbyt miękkie lub zbyt twarde, palce umorusane w zółtku, a i tak wyjadam z miski czekoladę lub masę kokosową. Nie wiedziałam, że to tyle przyjemności - postawić na stole ciepłe ciasto z czekoladowym serduszkiem. Całe mieszkanie pachnie kokosem. Spokój. (oczywiście tylko do czasu aż on zbyt głośno nie zachwyci się ciastem jakiejś innej. cóż)

Kroję i obieram imbir, wyciskam sok z limonki, zalewam wrzątkiem, słodzę miodem. Wypijam dziennie 2-3 wielkie szklanki i powoli się uzależniam. Hinduski cud świata.

Łapczywnym wzrokiem sprawdzam ceny w Urban Outfitter i uśmiecham się na myśl o tych sukienkach, torbach, sandałach, na które i tak mnie nie stać. A przecież nawet gdy zakładam spódnicę sprzed 4 lat, i tak robię w szkole za gwiazdę. W miejscu, gdzie 90% dziewcząt pomyka w dresach, Uggach/gumowych japonkach nie jest to specjalnie trudne. Ale próżność wciąż się odzywa.

Misja ogarnięcia się kończy się jak zwykle. Chodzę na jogę, ale cóż z tego, skoro wracam i piekę kolejne ciasto. Opcja niejedzenia po 18 zadziała jeden dzień, kiedy w lodówce była tylko musztarda i jedno małe piwo. Zresztą jak wytrzymać bez jedzenia oglądać do północy Family Guya? I kto stawia przede mną otwartą paczkę Ptasiego Mleczka (a potem się dziwi, że zjadłam całe)? Jest więc duża szansa, że wrócę do ojczyzny w kształcie hamburgera.