niedziela, 24 maja 2009

Kazdy ma taki amerikan drim na jaki zasluzyl.

Za tydzien wyjezdzam. Wyjezdzam za tydzien i zupelnie tego nie czuje, tak jak nie czulam tego przyjazdu tutaj i tak jak wciaz nie czuje tego, ze jestem tu 10 miesiecy. Rownie dobrze moglabym tu byc niecaly miesiac. Albo piec lat.

Teraz jest piekna, goraca, duszna wiosna z burzami i kwitnacym bzem. Ale przeciez przezylam juz mrozna zime, zamiecie sniezne i spacery do szkoly przy -30 C. I upalne lato, kiedy przejscie z domu do samochodu bylo koszmarem. I alarm tornadowy trzy tygodnie temu.

Teraz mam wakacje, ale przeciez za mna juz dwa semestry nowosci (i same, ach same, A na koniec semestru ze wszystkich przedmiotow). Zglebianie angielskiego ze zgraja Azjatow i prawdziwy amerykanski college z 18latkami kombinujacymi jak sie upic i 20latkami, ktorzy juz maja za soba dwa lata sluzby wojskowej w Iraku.

(-zabiles kogos? -jesli strzelam to tak, zeby trafic)

Teraz pisze najlepsze eseje w klasie, ale zaraz po przyjezdzie komunikacja w jezyku wroga to byl koszmar, dramat, placz i zgrzytanie zebow. Pojscie na tubylcza impreze oznaczalo usmiechanie sie i kiwanie glowa. Rownie dobrze mogliby mowic do mnie po chinsku. Co z tego, ze ich wszystkich rozumiem, jak wygloszenie uwagi dluzszej niz 'yes, yes' kosztowalo mnie zbyt wiele. Teraz mam swoja wlasna kolezanke i kolege i nawet z nimi zartuje. (chyba sie juz tym chwalilam, ale sukcesow za granica nigdy dosc. a to przeciez szalenie duzy sukces)

Teraz dorabiam (nedznie, ale zawsze) uczac pania psycholog i jej synka francuskiego, ale kilka miesiecy temu skrobalam talerze i nakladalam odmrazane pizze. A kilka innych miesiecy nie robilam nic. Bywa. Widac kazdy ma taki american dream na jaki zasluzyl.

Pare razy sie poklocilismy (chociaz trudno to nazwac klotnia, bo on jest tak irytujaco spokojny, a ja oczywiscie tupie, placze i krzycze, chociaz bardzo staram sie nie). Pare razy bardzo zatesknilam za rodzicami, psem, dziewczynami, dominikiem. Za chodzeniem do luny w poniedzialki. Za przesiadywaniem w amatorskiej, lente albo kafce. Za czekaniem na glupi autobus i za wracaniem nad ranem z nie-dobrych imprez. Za beztroskimi plotami po polsku.
A potem (uwaga, lukier) wtulalam sie w te najpiekniejsze ramiona i czulam sie najszczesliwa kobieta na swiecie. Potem drukowalam przepisy, robilam zakupy, gotowalam, pieklam, wypozyczalam filmy, bralam samochod, jechalam rowerem, wolontariuszowalam w kinie, uczylam dzieciaki matematyki (hehe), chodzilam pilnie do szkoly, odrabialam lekcje, pisalam papiery, wyszukiwalam super ksiazki w rewelacyjnej bibliotece, przesiadywalam godzinami nad filizanka kawy, robilam zdjecia, scrapbookowalam, i czulam, i wciaz czuje, ze to jest moje miejsce, moj swiat i moj dom. Nawet jesli w lipcu musimy sie z niego wyprowadzic.

10 miesiecy na dzikim zachodzie. 10 miesiecy mieszkania razem. 10 miesiecy z nowymi ludzmi, nowym mieszkaniem, nowa szkola. 10 miesiecy z troche nowym zyciem.

Za tydzien wyjezdzam i bardzo sie ciesze i bardzo chce tu zostac.

5 komentarze:

o. pisze...

:*. cieszę się bardzo.

kasia wska pisze...

i przyjeżdżasz tu i się może wreszcie spotkamy i poznamy?

konstanty fró fróziński pisze...

ojej.

wymieniony z imienia. o kurde. teraz trzeba się postarać.

savor pisze...

zajebiaszczo, że wracasz. pójdziem na pieczarki :)

eidel aleksandra pisze...

fajnie, ze wracasz. chociaz niefajnie, ze zostawiasz fajne miejsce. ale co Twoje, to Twoje.