sobota, 9 maja 2009

Biegam.
Bieganie mnie wkurza, bo piękna pogoda kusi, żeby biegać na świeżym (jak wszyscy, ojezó, w-s-z-y-s-c-y tutaj - w Iowa City nigdzie nie ma korków na ulicy, wszędzie są za to korki pięknych i młodych biegających), ale pagórki ulicy benton okazują się zbyt strome, zwłaszcza w opcji pod-górę. Biegam więc w miejscowym nazwijmy to domu sportu, i to też mnie wkurza, bo duszę się, bo (za bardzo) czuję wszystkie mięśnie, stawy i komórki nerwowe, a na dodatek wyprzedzają mnie wszyscy obecni tam emeryci i renciści.
Ale biegam.
I pewnie nigdy bym w to nie uwierzyła, ale naprawdę mało rzeczy jest przyjemniejszych niż to piękne piękne zmęczenie, kiedy po tym okropnym bieganiu, które mnie zabija, ostatnimi siłami docieram do sauny, a potem pod gorący-ciepły-chłodny-zimny-lodowaty prysznic. Prysznic, który zmywa całe zmęczenie, niedoskonałości mięśni, wszystkie zjedzone ciasta i wyrzuty sumienia. Prysznic, po którym mam ochotę zrobić mnóstwo nowych fajnych rzeczy (więc hop-siup do biblioteki i sekrety tajskiej kuchni, zdjęcia Annie Leibovitz i podręcznik do hiszpańskiego). Prysznic, po którym myślę, że uda mi się we wtorek wstać na jogo-rozciągające zajęcia o 7 rano.

A potem wracam do domu i jem precle.

1 komentarze:

uzi pisze...

o, no ja tez biegam. zapomnialam, ze juz u Ciebie czytalam o bieganiu. zawsze myslalam, ze to rozrywka dla idiotek, ale teraz mi sie spodobalo :)