Najpierw nie zwracam na to uwagi, przecież nie chodzę jak w zegarku. Potem przychodzi niepewność i niepokój, co jest najgorszym chyba połączeniem, bo strach można rozpracować, próbować zracjonalizować, a niepewność i niepokój po prostu tkwią, i jest to mieszanka wybuchowa. Więc wybucham płaczem, i chlipie mu w ramionach, i okazuje się, że nawet w sytuacjach, które mi wydają się okrutnie kryzysowe i strasznie niepokojące, no właśnie w takich sytuacjach on głaszcze po włosach, przytula i mówi, że będzie dobrze, że super, że to powód do radości, a nie płaczu. Raduję się. Prawie. A potem okazuje się, że trzeba spojrzeć chwilę dłużej na kalendarz Tylkowskiego, na rysunek z marca, i na kolejne miesiące, i to wystarczy, żeby napełnić się spokojem i wyrzucić z siebie ten niepokój.
A pierwszego kwietnia moje ciało żartuje sobie ze mnie i okazuje się, że cały ten lęk i cała ta notka były zupełnie niepotrzebne i w zasadzie to trochę mi smutno.
czwartek, 2 kwietnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarze:
czyli jeszcze nie urodzisz małej aurelii konstancji?
kejt i MP [Matka Polka] ?
świat kończyć się zaczyna..
; )
troche zal, nie?
>fro
jeszcze nie, ale jesli juz kiedys, to bedzie lyzwiarka figurowa albo praska poetka ;)
>uzi
no wlasniewlasnie - troche zal. tak zle i tak niedobrze ;)
i będzie sypiać z potentatem bazaltowym z uralu.
a wybrałbym się z tobą na wódkę z karotką. na mariensztat. o.
z termosu :)
Prześlij komentarz