czwartek, 16 kwietnia 2009

i co, i nic.

Z cyklu mój pierwszy raz w ósa - śniadanie wielkanocne. O którym nikt nie pamiętał i które dość łatwo byłoby tu przespać, bo wielkanoc to tylko w walmarcie, a my do walmartu jeździmy tylko po pastę do zębów i scrapbóki. Ale Praktyczna Pani nie śpi! i tak oto część ajołańskiej reprezentacji Europy środkowo-wschodniej miała okazję uraczyć się pisankami, paschą i rzeżuchą (przeszmuglowaną z ojczyzny). I całą resztą, mniej lub bardziej wyrafinowaną/smaczną. W bonusie polskie kurczaki w świecznikach z ikei.

W świąteczny (nie tutaj, oj nie) poniedziałek śnieg z deszczem. Z trudem zmuszam się do wypełznięcia spod cieplutkich ramion i kołdy, i z Carlą Bruni w głośnikach przez zawieruchę i ulewę próbuję dotrzeć do szkoły. Na każdych czerwonych światłach włączam tylnią wycieraczkę i szalenie bawi mnie moje głębokie przeświadczenie, że w samochodzie za mną ktoś zgrzyta zębami z zazdrości, bo nie wie gdzie ma to tylniowycieraczkowe pokrętło. A ja wiem, ha.
Mało co tak nie poprawia humoru jak poczucie wyższości, prawda? (prawda)
W szkolę edukuję tubylców w kwestii lanego poniedziałku; przynajmniej pod tym względem pogoda dopisała. Mam kolegę i koleżankę, z którymi mogę się pośmiać. Cała reszta, podejrzewam, śmieje się ze mnie.

Ale dziś jest pięknie. Dziś (zadyszką) rozpoczynam sezon rowerowych wycieczek do szkoły, po drodzę strzelam parę wiosennych fot, żeby mieć co wspominać na wypadek powrótu śniegu i mrozu. Dziś już nie pamiętam, że wczoraj gryzłam i warczałam nad matematyczną pracą domową, i dziś udało mi się nawet wstać bardzobardzo rano (przed 8!), poćwiczyć jogę i wypić zieloną herbatę, poplotkować z mamą, umyć naczynia, i wszystko to z uśmiechem na twarzy,
albowiem
dziś jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora.
I tyle.

1 komentarze:

uzi pisze...

chciałabym wierzyć, że niebawem też będę mogła sobie pomachać do świata wycieraczkami... ;)