środa, 25 marca 2009

Tydzień na chorobowych wakacjach oznacza tydzień totalnej stagnacji intelektualnej i fizycznej. Spanie do popołudnia, oglądanie zdesperowanych pań domu i kryminalnych zagadek do drugiej w nocy, segregatory i książki rzucone w kąt, piętrzące się prace domowe i naczynia w zlewie.
Koniec wakacji ozacza bolesny powrót do rzeczywistości. Esej rodzi się w bólach w ostatnim momencie (za wcześniejszy zostałam nominowana do konkursu, więc teraz moja chora ambicja nie pozwala mi odpuścić i stara się wygrać z równie chorym lenistwem), prace domowe powstają między kolejnymi płytami serialu, notatki do egzaminu czytam na czerwonym świetle.
W poniedziałek i wtorek biegam, dziś joga, jutro znów bieganie (oby). 3 kilogramowa paczka od rodziców poza zdrową rzeżuchą zawierała całe mnóstwo mniej zdrowych, ale jak bajecznych smakołyków. Delicje, ptasie mleczko, czekolada mleczna, z karmelem, orzechami, torcik wedlowski razy dwa. Ach, ach. Poziom cukru wzrasta na sam widok, a torcik cóż, zjada się prawie sam w mgnieniu oka.

2 komentarze:

Savor pisze...

zdrówka kochanie:*

konstanty fró fróziński pisze...

skoro tak ci się nudzi, to strzel mi no ze cztery konspekty na poniedziałek (:

i nie, laurek nie dostanę, prędzej po mordzie. choć ala częstuje mnie żelkami, i gdy uprzejmie odmawiam, ta jeszcze uprzejmiej mówi "ale proszę, nalegam". no to jak tu się oprzeć?