żeby nie było, że nic nie robię. oglądam family guya i zadaję sobie filozoficzne pytania w rodzaju
ile herbat mozna wypic z tego samego kubka, zanim sie go umyje? jak wyrzucic smieci nie wychodzac z domu? jak sprawić, żeby pranie samo się wyprało? czy piekac w potarganych wlosach, flanelowej pizamie, jego koszulce i kapciach simpsonach mam szanse zmienic sie w boginie zmyslowosci? dlaczego mąka zawsze ląduje na podłodze, a nie w misce? jak przeliczyć gramy na szklanki? ile mozna wytrzymac jedzac tylko pierniczki? co zrobic, kiedy skonczy sie makaron? jak zrobić romantyczny prezent?
i dlaczego snieg pada od 5 godzin i nie moze przestac?
wtorek, 16 grudnia 2008
poniedziałek, 15 grudnia 2008
fotostory w wielkim miescie oraz nasza klasa
(dla ciekawskich i niedowidzących - jak się kliknie na zdjęcie, to się powiększa)
generalnie, Chicago wymiata

wozimy się, a jakże!


miasto masa maszyna

tak, ta czapka jest z peru, i tak, wyglądam jak grimlin. świąt nie będzie

normalnie o tej porze, raz lepiej, raz gorzej. jak widać.

nasza klasa kropka cn

tak naprawdę to zdjęcie wstawiłam tylko po to, żeby wszyscy zachwycili się moją zajebistą chustą i równie pięknym outfitem, a ta egzotyczna kompania (Chińska Republika Ludowa, Korea Południowa, Arabia Saudyjska) to tylko dla przykrywki
generalnie, Chicago wymiata
wozimy się, a jakże!
miasto masa maszyna

tak, ta czapka jest z peru, i tak, wyglądam jak grimlin. świąt nie będzie

normalnie o tej porze, raz lepiej, raz gorzej. jak widać.

nasza klasa kropka cn

tak naprawdę to zdjęcie wstawiłam tylko po to, żeby wszyscy zachwycili się moją zajebistą chustą i równie pięknym outfitem, a ta egzotyczna kompania (Chińska Republika Ludowa, Korea Południowa, Arabia Saudyjska) to tylko dla przykrywki
Всё будет хорошо
W niedzielę przed czwartą rano wstaję, żeby dać mu pożegnalnego buziaka. Zamykam za nim drzwi i wizja powrotu do pustego lozka i spędzenia samotnego tygodnia w miejscu, gdzie jest -17 st napawa mnie niechęcią, lękiem i odrazą jednocześnie. Idę spać o siódmej rano i trochę płaczę do poduszki, cała niedziela jest płaczliwa, piżamowa i żałosna, dojadam resztki sałatek z dobrych czasów, co 5 minut sprawdzam mejla i tęsknię. Dziś rano robi mi się niedobrze na myśl o tym, jaka jestem rozlazła i żenująca, chłop wyjechał na pięć dni, a ja już w ryk, więc kopię się w tyłek i robię piernikowy peeling, maluję rzęsy i plotkuję przez videokonferencję, potem idę na mroźny spacer i czekoladę. Oczywiście teraz, w nocy, jest trochę gorzej, pomagam sobie fejsbukiem, gdzie pocieszają mnie rozmaite atrakcje i aplikacje, zdjęcia oraz komentarze, plus planuję świąteczne wypieki, ale puste łóżko nadal jest złem. Pytanie za sto punktów: czy zrobienie imbirowej babki z bakaliami może zastąpić wieczorne przytualnki?
niedziela, 7 grudnia 2008
marnosc nad marnosciami
Głupie głupotki, część druga, zapewne nieostatnia.
W czwartek histerii ciąg dalszy był, a jakże, powinnam kupić sobie młotek i walić się w tę durną lepetynę za każdym razem jak. No właśnie. Jak jestem przed okresem, jak już mam okres, i jak juz nie wiem na co zrzucić moją złość, irytację, rozdrażnienie, wkurwienie do potęgi. Wkurwienie na wszystko. Głównie na siebie, ale oczywiście wyladować się muszę na kimś innym. Zgadnijcie na kim. On się jeszcze dzielnie stara, ale co to dla mnie, ja przecież też się umiem starać, więc kopię jeszcze mocniej (kopię słownie, ale boli chyba nawet bardziej). Potem zalewam się łzami w bibliotece i biegnę na zajęcia referować skośnym o topieniu marzanny. Kogo innego by tu trzeba utopić. Po zajęciach on dzwoni, idziemy na burrito i kawę, kupujemy czekoladę, niby jest dobrze, mnie się zbiera na czułości i się dziwię, że jemu nie. No naprawdę, dziwne. Kopnij jeszcze raz, może pomoże.
W piątek ja przesypiam pół dnia, on wraca zamarznięty (-15 st!), wsuwa się pod moją kołdrę i wtulamy się na zgodę, jest chyba lepiej, wieczorem maraton z CSI i czekolada Wedla.
Teraz on szusuje na nartach, a ja czuję się dokładnie tak jak przed maturą z fizyki i podczas całego tego zamieszania z licencjatem. Został mi tydzień szkoły, i tak mi się nie chce, te nienapisane prace na jutro, te portfolia (przekleństwo kolegium powraca), te wypracowania (znów...), te 4 egzaminy, które nie są mi potrzebne i ten jeden, który owszem, bardzo. Tak bym to rzuciła w cholerę, rozkopana kołdra kusi, puścić cicho muzykę, zjeść resztki czekolady, popić imbirową herbatą z miodem, roztopić się w jakiejś książce. A z drugiej strony, wiem, że będę z siebie zadowolona jak mi się uda, że rodzice dumni, że po coś tu przyjechałam poza tym szczęściem, słodyczą i seksem, że powinnam usiąść i pisać pisać pisać, a nie fejsbuku i grupy w rodzaju oooo, this looks more interesting than my homework.
Kaliber 44 i czuje sie jakbym miala 18lat. Smiesznie-straszno, minie zima złotko, wszystko będzie spoczko.
Potem przerzucam się na Tracy Chapman i jest już tylko smutno.
W czwartek histerii ciąg dalszy był, a jakże, powinnam kupić sobie młotek i walić się w tę durną lepetynę za każdym razem jak. No właśnie. Jak jestem przed okresem, jak już mam okres, i jak juz nie wiem na co zrzucić moją złość, irytację, rozdrażnienie, wkurwienie do potęgi. Wkurwienie na wszystko. Głównie na siebie, ale oczywiście wyladować się muszę na kimś innym. Zgadnijcie na kim. On się jeszcze dzielnie stara, ale co to dla mnie, ja przecież też się umiem starać, więc kopię jeszcze mocniej (kopię słownie, ale boli chyba nawet bardziej). Potem zalewam się łzami w bibliotece i biegnę na zajęcia referować skośnym o topieniu marzanny. Kogo innego by tu trzeba utopić. Po zajęciach on dzwoni, idziemy na burrito i kawę, kupujemy czekoladę, niby jest dobrze, mnie się zbiera na czułości i się dziwię, że jemu nie. No naprawdę, dziwne. Kopnij jeszcze raz, może pomoże.
W piątek ja przesypiam pół dnia, on wraca zamarznięty (-15 st!), wsuwa się pod moją kołdrę i wtulamy się na zgodę, jest chyba lepiej, wieczorem maraton z CSI i czekolada Wedla.
Teraz on szusuje na nartach, a ja czuję się dokładnie tak jak przed maturą z fizyki i podczas całego tego zamieszania z licencjatem. Został mi tydzień szkoły, i tak mi się nie chce, te nienapisane prace na jutro, te portfolia (przekleństwo kolegium powraca), te wypracowania (znów...), te 4 egzaminy, które nie są mi potrzebne i ten jeden, który owszem, bardzo. Tak bym to rzuciła w cholerę, rozkopana kołdra kusi, puścić cicho muzykę, zjeść resztki czekolady, popić imbirową herbatą z miodem, roztopić się w jakiejś książce. A z drugiej strony, wiem, że będę z siebie zadowolona jak mi się uda, że rodzice dumni, że po coś tu przyjechałam poza tym szczęściem, słodyczą i seksem, że powinnam usiąść i pisać pisać pisać, a nie fejsbuku i grupy w rodzaju oooo, this looks more interesting than my homework.
Kaliber 44 i czuje sie jakbym miala 18lat. Smiesznie-straszno, minie zima złotko, wszystko będzie spoczko.
Potem przerzucam się na Tracy Chapman i jest już tylko smutno.
poniedziałek, 1 grudnia 2008
bzdura jak malo ktora
sama sie w to wpakowalam. siedze i klne nad durna praca, ktora ma byc na 12 stron, a ja nie potrafie stworzyc nawet paragrafu. malo mi bylo kolegialnych uciech i rozrywek, to skazalam sie na paragrafy, wypracowanka, parafrazy, metafory, prezentacje, ankiety, analizy i nagrywanie na video. i jeszcze im za to place.
oczywiscie moge to olac, bo zostaly tylko 2 tygodnie i nikt mnie juz stad nie wyrzuci ani nie zaraportuje nadgorliwym pracownikom imigracyjym, ale moja chora ambicja nie pozwala mi byc gorsza od chinczykow. chyba znow probuje cos komus udowodnic, tylko po cholere?
siedze i klne, zjadam druga tabliczke czekolady, zagryzam ogorkami, zapijam zielona herbata i nabieram do siebie wstretu, rozkopuje lozo, po napisaniu jednego pieprzonego slowa o krwawej niedzieli (ja im kurwa pokaze zaraz krwawy poniedzialek) drepcze do kuchni, zagladam do zbyt pustej lodowki, zapalam wszystkie swiatla, przepedzam zle stwory z szafy i spod lozka, wracam, kasuje dwa wyrazy, krok do przodu, dwa do tylu, martwie sie o stan swiatowej energetyki , gasze wszystkie swiatla, wybucham placzem, cozcoz, ksiezniczka znow gryzie palce, w koncu mamy jesien, i tak dalej (chociaz to nieprawda, tu jest juz prawdziwa zima, i co z tego).
atmosfera zalosna, zero akcentow humorystycznych
(napuszczam wody, topie smutki w goracej wannie i chlodnym zywcu)
oczywiscie moge to olac, bo zostaly tylko 2 tygodnie i nikt mnie juz stad nie wyrzuci ani nie zaraportuje nadgorliwym pracownikom imigracyjym, ale moja chora ambicja nie pozwala mi byc gorsza od chinczykow. chyba znow probuje cos komus udowodnic, tylko po cholere?
siedze i klne, zjadam druga tabliczke czekolady, zagryzam ogorkami, zapijam zielona herbata i nabieram do siebie wstretu, rozkopuje lozo, po napisaniu jednego pieprzonego slowa o krwawej niedzieli (ja im kurwa pokaze zaraz krwawy poniedzialek) drepcze do kuchni, zagladam do zbyt pustej lodowki, zapalam wszystkie swiatla, przepedzam zle stwory z szafy i spod lozka, wracam, kasuje dwa wyrazy, krok do przodu, dwa do tylu, martwie sie o stan swiatowej energetyki , gasze wszystkie swiatla, wybucham placzem, cozcoz, ksiezniczka znow gryzie palce, w koncu mamy jesien, i tak dalej (chociaz to nieprawda, tu jest juz prawdziwa zima, i co z tego).
atmosfera zalosna, zero akcentow humorystycznych
(napuszczam wody, topie smutki w goracej wannie i chlodnym zywcu)
A jednak
Naiwnie myslalam, ze to nie ja, ze to nie mnie, ze to tylko inni. Inne. A jednak. Hormony daja o sobie znac w najmniej odpowiednich momentach mojego zycia. Naszego zycia.
W poludnie budzi nas sms, ze moze sniadanie w X. Ja juz przez sen mrucze, ze nie, ze tam wszystko ocieka tluszczem (tak tak. nadal jestem milosniczka wszelkiego rodzaju czekolad, ciast, ciastek, ciasteczek i kalorii w roznej formie, ale zostalam juz wyczulona na hight fructose corn syrup i pankejki smazone w glebokim tluszczu). Mrucze, przytulamy sie, on mowi, zeby pojsc, a ja wybucham wielkim placzem. Taadaam!
Dzien zmagania sie ze soba i z praca o lekarzach, samobojstwie i stanie Iowa, meczy. Dla relaksu ogladamy kryminalne zagadki, setna plyta, moze czas na film? Ja chce X, on Y, wiec trzeba zamknac sie w sobie, tupnac nozka i plakac, plakac, plakac.
Nawet ja widze jakie to zalosne i nie wiem jak trzeba byc wyrozumialym, zebym potem przytulac, smiac sie i nazywac czule kronopiem.
Chcialabym zadzwonic, umowic sie na kawe, na zakupy w GM, pojsc do Luny albo do Amatorskiej, chcialabym, ale to miasto jest wciaz takie oswojono-obce, niby znam, niby wiem, ale wciaz nie mam nic swojego, gdzie moglabym w spokoju wyplakac wszystko i nic.
W poludnie budzi nas sms, ze moze sniadanie w X. Ja juz przez sen mrucze, ze nie, ze tam wszystko ocieka tluszczem (tak tak. nadal jestem milosniczka wszelkiego rodzaju czekolad, ciast, ciastek, ciasteczek i kalorii w roznej formie, ale zostalam juz wyczulona na hight fructose corn syrup i pankejki smazone w glebokim tluszczu). Mrucze, przytulamy sie, on mowi, zeby pojsc, a ja wybucham wielkim placzem. Taadaam!
Dzien zmagania sie ze soba i z praca o lekarzach, samobojstwie i stanie Iowa, meczy. Dla relaksu ogladamy kryminalne zagadki, setna plyta, moze czas na film? Ja chce X, on Y, wiec trzeba zamknac sie w sobie, tupnac nozka i plakac, plakac, plakac.
Nawet ja widze jakie to zalosne i nie wiem jak trzeba byc wyrozumialym, zebym potem przytulac, smiac sie i nazywac czule kronopiem.
Chcialabym zadzwonic, umowic sie na kawe, na zakupy w GM, pojsc do Luny albo do Amatorskiej, chcialabym, ale to miasto jest wciaz takie oswojono-obce, niby znam, niby wiem, ale wciaz nie mam nic swojego, gdzie moglabym w spokoju wyplakac wszystko i nic.
Subskrybuj:
Posty (Atom)